poniedziałek, 19 lutego 2018



Niedzielny "spacer" na skiturach.
Jeden zaplątał się z rakietami ;)
18.02.2018 r.


Dostałem info, iż planowane jest niedzelne skiturowanie większą ekipą. Czemu nie, pewnie pójdą boczkien nartostradą, albo drogą, to po koncercie Kultu i odwiedzeniu domufki, dam rady :p
Tylko ta nieludzka pora!  ;) O 9 zebranie w isport. Tak się kokosili dobierajac sprzęt, że wychodzimy dopiero po 10. I poco było umawiać się tak wcześnie. Godzinkę dłużej bym pospał hehe.
Szykowanie fok.


Przymiarki butów. Dobrze, że Hiczkok ma swoje, bo gdzie by tu takie kajaki znaleźli :p

Jest i księdzowy synek.

Mnie zaopatrzyli w rakiety. Wcale nie podobał mi się ten pomysł, gdzie oni kruca chcą iść?

Cooli miał najlepiej, bo na lekko ;)

Szykowanie.

A na parking zajeżdżają fatowicze :D

Start! Tomek prowadzi. Wyskoczył do przodu, gdzie mu się tak śpieszy?
  
Triti ti idziem sobie.
fot. Hiczkok 

Łee, czekajcie na mnie!
Jakoś dawałem rady, choć prawdę mówiąc, tu spokojnie mógł bym jeszcze iść z buta. No ale nie, "kierownik wyprawy" się nie zgodził. Stwierdził, że będę miał za łatwo :P
fot. Hiczkok 

Taki tam widoczek.

2 min przerwy. Czekamy na zamykających pochód. Jakoś mi tam w miarę szło, jednak miałem fory od uczestniczek biegu Janosika. Ot pobiegły sobie 45+ km ~1500m przewyższenia, w warunkach zimowych. Jak bym był wstanie to przebiec, tzn przejść, to na drugi dzień leżał bym i zdychał a nie wybierał się na skitury :P Reszta to też nie w ciemię bite chłopki, jeden to tam jakiesik czołowe miejsce miał w którymś z większych europejskich zawodów MTB. Z kim oni mi kazali iść?! Jeszcze w tym cholerstwie na nogach!

Wojtek to już chyba nic nie widział przez te okulary i szedł po koleinach niczym pociąg po torach ;)

Który to szalony leśniczy jeździł w takim śniegu samochodem? :D
fot. Hiczkok

Ups, podajcie, trzeba zmienić ustawienie wiązań.

Akuku

A tu kawałek dzikcowania. Trochę stromo było. No nie powiem, tutaj rakiety się przydały, bo inaczej zapadał bym się powyżej kolan. Jednak skiturowy ślad jest za wąski dla rakiet, więc musiałem iść bokiem, gdzie było miejscami bardziej nierówno.

Ooo leży ktoś... i nie może wstać. Zdarza się ;)
Na lewo mój ślad wymijający ten niekompatybilny skiturowy.

Żyję!

Trochę śniegu było.

Myk, myk.

Jak dotarliśmy już do szlaku czerwonego za Runkiem, zrzuciłem tą maszynerię z nóg. Normalnie, jakby mi ktoś ściągnął wiaderka z kulasów.
Dostałem mocy, na tyle, na ile mogłem jeszcze coś z siebie wykrzesać, zrobiliśmy coś ponad 11km co zajęło nam ponad 3h.
W knajpie na szczycie Jaworzyny, dołącza do nas Fabian. Akurat miał okienko między lekcjami.
Na stole lądują pierwsze potrawy. Tomek wpieprza aż mu się uszy trzęsą.

Dla każdego coś dobrego.

Rydzyki + do tego "jagerek" na trawienie ;)
Wyszliśmy z owego przybytku, z mocno poprawionym trawieniem :D

Coolio chyba też się trochę zmęczył. Z gracją założył łapę na łapę, oparł łeb o krzesło i grzecznie czekał no koniec posiedzenia.

Fajne przejście, ekipa zgrana. Było miodzio!
Do następnego!




Kącik kulinarny.

Wyjście w dzikie odstępy jaworzyńskie, to i żarcie dzikie.
Jest w Krynicy sklep z dziczyzną. Zakupiłem kiełbasę z jelenia :)
Do tego kapusta kiszona. W sprytnym opakowaniu jest, z zaworkiem/wentylem: "Dzięki zastosowaniu technologii wentyla odprowadzającego z opakowania gazy, powstające w wyniku naturalnego dojrzewania świeżej kiszonej kapusty, nie ma potrzeby stosowania żadnych konserwantów, regulatorów kwasowości ani przeciwutleniaczy."
Ot zdrowa kapustka :D

Na wysmarowany dość obficie masłem, spód naczynia żaroodpornego, lądują ziemniaki pokrojone w plastry. Potem owa kiełbasa i kapucha.
Gotowe i do piekarnika na niecałą godzinkę.

Smacznego i pozdrawiam!

czwartek, 8 lutego 2018



Nocne skiturowe wyjście na Jaworzyne
07.02.2018


Punkt zbiorczy, to główny parking pod stacją gondoli.
Dobry czas, zaraz ruszamy.

Idziemy, idziemy?!

A Ci to co, busem przyjechali. Co oni tam mają? Cały sztab anty kryzysowy jakby który zasłabł ;)

Mój śnieg, mój! Kochać!

Ostatnie przymiarki, zapięcie i... 3...2...1... start ;)

Idzie sobie wesoła ekipa. Ja z buta :p


Pierwsze problemy na ściance.

Piękna łuna z słotwińskich wyciągów.

Jest i szczyt.

CO?! Niemal półtorej godziny! Trochę długo, no ale jakieś tam słuchy chodziły, że nowicjuszy zrazić nie wolno ;) A i ja tyłów nie grzałem, nie zagotowałem nawet za bardzo (choć troszkę tłuszczyku z piżmoczka wyciekło hehe), więc spacerek ok :) 

Ha! Jeszcze nas w Kolibie ugościli. Rzuciliśmy się na grzane piwko. Debaty przy stole, księdzu załatwia szemrane interesy handlowe, a reszta przy wodopoju.

Ekipa skiturowa zjeżdża na dół. Ja postanawiam wpaść jeszcze na chwilkę na schronisko.
Trafiam na posiedzenie znajomych Doroty.

Kurcze, jak patrzę na tego jegomościa w środku, niee... to on? Czyżby sławny gawędziarz-kawalarz, ten od "Kawał o kozie" :D

Noo i kominek rozpalony, Chłopaki się spisały i przytaszczyły trochę "badyli" z lasu.

Dmuchaj, dmuchaj, piecowy!
Ale komóreczka w ręku musi być. Może instrukcji rozpalania w internetach szukał? ;)

A i wineczko, całkiem zacne, było.

Nowość, jaworzyńskie SPA hehe.

Nie ma śmiacia. Ten to ponoć zobaczył w blasku księżyca, pewną cześć ciała, wypróżniającego się Piżmoka i oślepł na trzy dni i trzy noce! ;)

W drodze powrotnej, spotkałem jeszcze Artura z "młodym". Dzikie, dziki, nudziło się im, to sobie wyszli jeszcze raz :p

Dzięki za spacerek w fajnej atmosferze, a ekipie ze schronu za miłe posiedzenie i poczęstunek.

Hoł! Do następnego :D

niedziela, 28 stycznia 2018



Trzy pieczenie na jednym ogniu?
Da się :D

Gorce => urodziny na Jawo => wyjście na dzikie baby ;)
27.01.2018 r.


Od pewnego czasu chodziła mi po głowie myśl, aby odwiedzić Lubań. Dawno tam nie byłem, w sumie to lata już, jak jeszcze wieży widokowej nie było.  

Pierwsza pieczeń.
Nastała wiekopomna sobota, roku pańskiego 2018r. W dniu owym, plany trzeba było przekuć w wyprawę. Otóż to, wyprawę przez duże "W". Bo jak tu się dostać wcześnie rano na Przełęcz Snozka / Kluszkowce. No tak, jeden autobus jest na styk, z tym JEDYNYM co jedzie w sobotę na Zakopane przez Nowy Sącz. Jednak spóźnienie o parę minut, skutkowało by brakiem realizacji planu i moim wielkim wkurwem!

Nie mogło tak być, więc wyczaiłem, iż o 5:55 jedzie autobus na Grybów. Tam złapię tego Voyager_a co jedzie z Gorlic na Zakopane. Ha! Jednak cóż to za nieludzka godzina, trzeba było wstać o 5 rano i zrobić zakupy dzień wcześniej. Bo to nawet żabka jeszcze zamknięta o tej porze. Trochę dziwnie wyglądałem, robiąc wieczorem, przed wyjazdem, zakupy w żabie, mając w koszyku 3 banany i dwa batoniki, żadnego piwka :P
Tak to więc dotarłem przez Grybów na Kluszkowce. Ano, autobus nie ma przystanku na przełęczy, zatrzymuje się dopiero za rondem w Kluszkowcach :( Jest tam w sumie żółty szlak, ale ja uwidziałem sobie iść niebieskim z przełęczy, więc te ~1,5km pod górę trzeba było się wracać z buta :( 

Trochę mi mina zrzedła. Na samej przełęczy, to gówno było widać. W lesie jak w jakimś horrorze. Żyłem nadzieją, iż wyżej będzie lepiej.

I tak też było, nagle od pewnego miejsca BACH! Wychodzi się z chmur i piękne słonko!
Ruiny starego schroniska (na łączeniu szlaku niebieskiego z zielonym), co nam "germański kurwa oprawca" spalił w 1944 :p

Pierwsze widoczki na Tatry cieszą.

Ooo i zatankować można.


Jest i szczyt. Baza namiotowa i wieża.

Wieża jest naprawdę spora.


Niestety sam widok na Tatry o tej godzinie średni. Trzeba było robić fotki pod słońce. Jednak zachód i wschód słońca, przy dobrej pogodzie, muszą tu być tu bajkowe. Kiedyś wybiorę się tutaj z namiotem :)

Tak Macku, widać stąd Lewockie.


I panoramka na Gorce. W dole Ochotnica, a i widać wieżę na Gorcu, którą miałem przyjemność odwiedzić w zeszłym roku.

Piesek czeka na turystów. Cwana suka :p To pasterski piesior. Wylazł z budy koło bacówki i szedł na sam Lubań z ludźmi, niejako prowadząc ich. W nagrodę oczekuje łakoci. Jak zakładałem stuptuty, to aż łapą się domagała nagrody. Ekipa, co przede mną wyszła z tym psem, stwierdziła, że nie ma bata, muszą sprytnemu pieskowi kupić kiełbasy :D


Sesja foto zakończona. Zjadłem dwa banany i Snickersa. Lecę dalej czerwonym na Krościenko.
Widać, ktoś pokusił się o biegówki.

Jeszcze fotka w tył.

Dalej po drodze.

Pienińskie szczyty w morzu chmur.
A ktosik na biegóweczkach ładnie podchodził jodełką.

Coraz bliżej Krościenka, zaczyna się strefa chmur.

Jeszcze rzut okiem na Koziarza z wieżą. Na którym to byłem w zeszłym roku z gipsem :p

Takie tam chabazie.

Trzy Korony, a w oddali na lewo, Wysoka - najwyższy szczyt Pienin.

Dość sprawnie mi to poszło. Wylazłem o 9:20 a w Krościenku byłem już 13:30. Biorąc pod uwagę sesje fotograficzne i żarcie na wieży, to chyba nie najgorszy czas.

Pieczeń numer dwa - ekspresowe wyjście i zejście na Jaworzyne.
Hiczkok wziął oczywiście synka. Zanim się wyszykował, ja już polazłem, nadrabiając nieco. I tak wiedziałem, że mnie dogoni, a tyle go to motywowało, że cieszył później, iż zrobił dobry czas.
Trochę nogi już czułem, ale... ja nie dam rady?! ;)

Hello, jest i solenizantka. Zdrówka! Niestety jest to kolejna osoba, która opuszcza schronisko :( Ahh, szkoda, tyle wspólnych, romantycznych... godzin na zmywaku hehe ;)

Pieseł padł. Joga aparatka wraz z Leonem, zrobili sobie spacer i przyszli sami z Wierchomli na Jaworzynę :D

Trzecia pieczeń - wyjście na dzikie baby.
Nikt przecie nie powie, ze Chylińska nie jest dzika ;) A i "after party" w domufce zaszczyciła swoja obecnością znajoma o jakże wdzięcznym "pseudonimie artystycznym" ;) "Groźna" :D


Pozdro dla pana "T". Niezłe balety odstawiał ze Swietłaną (o ile dobrze imię pamiętam ;) ). 
I tak to dzień minął, zahaczając mocno o kolejny hehe.



Kącik kulinarny.
Kurczak w sosie rydzowym na białym winie, z makaronem szpinakowym.

Nie ma to jak w zimie, poczuć smak lata :D
Wiem, wiem, mrożone nie są tak fajne jak świeżutkie, prosto z lasu, no ale...

Smażymy na maśle! Niczym innym. Wiem, że to teraz rarytas, ale trza srebra rodzinne zastawić i kupić prawdziwe masełko.
Do tego, półwytrawne białe wino.


Smacznego i pozdrawiam.