sobota, 30 maja 2026

 


Kráľova hoľa 1946 m -rowerem

+

Borovniak 1272 m

23-24.05.2026r.



Kobieta ma, pojechała hen na północ, bo aż do Gdańska.

Czas więc na samotne hardcory ze spaniem w lesie😁


Wymyśliłem sobie, iż wezmę rower, wyjadę na Kráľova hoľa. A potem, skoczę jeszcze na najwyższy szczyt Slovenský raj.

Odpalam buraczkowóz i jadę do mieściny Šumiac.

Parkuję nico poniżej oficjalnego, górnego parkingu, na poboczu. Sporo samochodów, w szczycie sezonu, musi być tu mega tłok.

Ruszam.

Jadę powolutku, żeby nie zagotować. Oczywiście, rower na pusto, dopiero po zjeździe, miałem zamiar objuczyć sakwą i namiotem.

Do chaty, piękny, nowiutki asfalt. Szosą by podjechał bez problemu. Niestety, tuż za nią, pyk i... jest już dużo gorzej, a miejscami tragicznie (biorąc pod uwagę, warunki szosowe).

Jak prawi Maciek aka Ksiądz 😉 na wrzesień ma być nowy asfalcik prawie na sam szczyt. Ma być tam meta wyścigu dookoła Słowacji.


Coraz wyżej. Jedzie się... no ciężko.
Dobrze, że mam aparat, to można się zatrzymać na foteczki i trochę odpocząć 😜

Kráľova skala 1690 m

Jeszcze zakrzywka w prawo, potem w lewo i... "już". Nie chce się skończyć ten podjazd! 😛

Wieczne śniegi 😉

Jest i szczyt!
Wymęczyłem.

Szerszy widoczek ze szczytu.

I "komin" 😉


Jeszcze parę ujęć.


Mocno wieje na szczycie i chłodnawo.
Ubieram bluzę, kaptur na kask i wio w dół!

Prryyy.
Uwaga, świstaki! 😆

W dół, to się jedzie, SEE, See, see 😈

Zatrzymuję się koło chaty. Może by coś zjadł?
Ale mają tylko kiełbasę i chleb ze smalcem. Od biedy, może i bym się kusił, bom już głodny był, ale nie można płacić kartą. Tylko gotówka.
Siadłem więc na chwilę i dalej do samochodu.

W sumie, dobrze, że nic tam nie jadłem, bo pewnie i piwko bym wypił😋, a to już rodziło by pewne problemy logistyczne. Ponieważ, zaczęło robić się późno. Trochę długo mi zeszło z tą góreczką 😏
Tak wygląda mapa podjazdu.

Więc wpakowałem rower do samochodu i postanowiłem podjechać na obiad do:
Koliba pod Kráľovou hoľou Telgárt

Mają tam lokalne piwko.

A na obiadek, bryndzowe haluszki z baraniną😁

Jedzenie dobre, ceny umiarkowane.

Pojedzony, nawodniony. Kolejnym etapem ma być Borovniak 1272 m.
Objuczam rower i ruszam, bo według wyliczeń, będę tylko odrobinkę przed zachodem słońca. O ile, nie odetnie mocy 😉
Ojj ciężko się jedzie z pełnym brzuchem i obładowanym rowerem, pod Sedlo Besnik 994m.
Oczywiście, dużą atrakcją jest tutajszy wiadukt kolejowy, a nawet dwa, oraz pętla, pozdiemna(!), kolejowa. Byłem już, widziałem, odpuszczam, zresztą, nie ma czasu. Jadę.

Z przełęczy zjeżdżam w szlak, a raczej cyklo trasę.

Straszą miśkami, standard 😜

Już niedaleko planowanego biwaku, nieco odbijam, aby zatankować 2L wody, na wieczór i rano.
Źródełko wydajne o tej porze roku.

Dalej czerwonym szlakiem.
Trochę pchania, trochę jechania. W końcówce, więcej pchania 😜

Przed samym szczytem, zostawiam rower przy wypłaszczeniu i idę tylko z plecakiem i aparatem.

Szczyt z krzyżem i ławeczkami.

Długo nie czekałem na zachód.



Pa pa słoneczko.


Schodzę do zostawionego roweru.
Trzeba rozbijać namiot, mini palenisko przygotować (dziura wykopana butem, rano wszystko zasypane, przykryte darnią. Zero śladu).

Piekę białą kiełbaskę. Mam też ogórki małosolne, kabanosy zostają na rano.
Na palniku, woda na herbatę.

Żar zostawiony na noc, aby nieco dymiło i odstraszało miśki.

Krótka to była noc.
Wschód jest wcześnie, ale jeszcze wcześniej, ptaki zaczynają taki koncert, że nie idzie spać. Zbudziłem się z nimi, czyli o 4 rano 😛

Szybko się wyzbierałem i na szczyt, czekać na wschód słońca.

Tuż przed wschodem.

Jest, wychodzi!

I Kralova w różu wschodu.

Słońce coraz wyżej, ale i wchodzi w chmury.

Minimalne mgiełki, szkoda, że nie zrobiły się konkretniejsze.

To parę zoomików na Tatry.



I panorama, jak słońce wyszło już nieco z chmur.

Odrobinę niżej, jest jeszcze jedna ławeczka na skałce.

A jeszcze takie ujęcie na odchodne.

Schodzę do obozowiska.

Obozowisko.

Śniadanie. Zupka chińska, tym razem pomidorowa, z kabanosami i jajkiem.
Miałem liofiza, ale jakoś nie czułem potrzeby, jedzenia go ani wieczorem, ani teraz rano. Chyba te haluszki, dobrze przytkały bebucha 😜

Po śniadaniu, szybkie pakowanie i ruszam.
Na rozstaju szlaków/dróg jest taka chatka.

Godzina 7:50.
Zatrzymuję się, aby odpiąć nogawki. Robi się już bardzo ciepło.

W oddali Stolica 1476 m - najwyższy szczyt Stolických vrchov, przez które jadę.

To by była piękna wisienka na torcie, tego wyjazdu, ale... jakiś zmiętoszony jestem. A głównym problemem, było moje zbyt optymistyczne podejście do... siodełka. Może pod koniec sezonu, dupka była by mniej wybredna 😉 Ale teraz, w maju. A błąd wielki, bo nie zabrałem gaci z pieluchą, no myślałem, że to siodło z Rose, jest takie super. Jednak, wczorajszy długi podjazd + jeszcze plecak. No nie, dupa cierpiała 😛

Postanowiłem więc zjechać do Telgárt_u, wcześniej.
Trasa tego dnia.

Aby nie zabrakło wody, wyczaiłem chatę z źródłem. Niedaleko "głównego szlaku".
Sporo ściętych drzew, trochę sprzętu.

Tuż przed chatą, zauważam, że są samochody. Noo na nocleg jakieś leśniki/pilarze czy myśliwi zostali.
Trudno, przecie mnie nie zjedzą 😜
Zjeść, może i by nie zjedli, ale mocno wczorajsi to na pewno byli. Jeden szedł się odlać i w sumie, mnie nie zauważył, prawie odlał się tuż przy mnie, jeszcze jadącym.
Rzekłem więc im głośno, Dobré ráno!
Żeby czasem, z dzikiem nie pomylili i nie odstrzelili (nasi, nie takie akcje odstawiają 😂).

Docieram do źródła. Bardzo wydajne!

Noo, imprezkę mieli zacną.
Po chwili, wysłali najmłodszego w kalesonach, żeby szorowałe te przypalone patelnie 😆
Dobre trolle 😈

Zatankowałem, pożegnałem ich machnięciem ręki i pojechałem dalej.

Widok na odległe górki.

I zaś, prześladujący wręcz, ten przeklęty szczyt, co dał mi w kość. W sumie, po raz drugi, bo raz w zimie, nie dałem rady wyjść na niego bez rakiet 😛

Brymm,brymm. 

Mnogo leśnych dróg, tudzież cyklo tras.

Jest i słynny wiadukt. Nawet z oddali, robi wrażenie.

Jest i kolejny cel, wieża widokowa przy nartostradzie.

Widok z niej, oczywiście wiadomo na co 😂

Tatry, też gdzieś tam majaczą między gałęziami.

Chwila przerwy. Ściągam kask, suszę plecy do słońca i zjadam batonika proteinowego.

Jeszcze jedno ujęcie na wieżę i dalej w drogę.

Teraz jest długooo w dół. Fajnie. Trochę mam obawy o aparat. Jeszcze się nie oswoiłem z "agresywniejszą" jazdą z nim na szelce plecaka.
Mam nadzieję, że nic mu nie będzie, bo gdzieś tam słyszałem, o rozkalibrowaniu optyki. Na razie jest na gwarancji 😛
Już tak mi się fajnie jechało z górki, jeszcze jak zobaczyłem jakąś dziewuchę, to gazu dodałem i przeleciałem koło niej, tym objuczonym rowerem. Ale przy jednym, świeżo wykopanym przepuście, do końca nie wyhamowałem. Jakoś amor wybrał (zamkną się na bank 😆), zapieprzam dalej, a tu się coś telepoce. Już miałem myśli, że mój pikny “nowy” rowerek, niedawno spłacony, się zdupcył 😔 Na szczęście, to mocowanie bidonu, takie magnetyczne ustrojstwo od FidLock, się tylko popuściło 😛  Uff.

Ostatnie ujęcie na Sedlo Besnik. Potem już dzida w dół asfaltem, prosto do samochodu.

Fajowy był to wyjazd. Pełen wrażeń.
Aczkolwiek, pewien niedosyt, czuję 😜



Kącik kulinarny

Polędwiczki z kurczaka w sosie miodowo-musztardowym z porem.

Składniki:
- Polędwiczki drobiowe
- Por (biała część)
- Musztarda francuska i Dijon
- Miód
- Śmietana 30%
- Skrobia ziemniaczana
- Szczypior
- Czosnek
- Przyprawy: sól, pieprz, kurkuma, ostra papryka, curry
- Ryż


Przygotowujemy sos:
Mieszamy - 100 ml wody, 150 ml śmietanki 30 % 2, łyżeczki musztardy np. Dijon, 2 łyżeczki musztardy francuskiej, 1 łyżeczka miodu. Świeżo mielony pieprz.  Pół łyżeczki mąki ziemniaczanej.
Niech się przegryzie.

Gotujemy ryż, który potem mieszamy z odrobiną masła i curry.

Polędwiczki przyprawiamy (curry i oprószamy skrobią) i kroimy na mniejsze kawałki. Podsmażamy na złoto na oliwie po 3-4 minuty z każdej strony i zdejmujemy. Pamiętajcie że podsmażamy krótko, aby były miękkie i soczyste! Dodajemy na patelnię troszkę masła i podsmażamy pora, gdy lekko zmięknie dodajemy czosnek. Wlewamy sos i dodajemy kurczaka. Gotujemy kilka minut aż sos zgęstnieje. Na koniec przyprawiamy świeżą pietruszką/szczypiorem.

Gotowe!

Smacznego i pozdrawiam.