czwartek, 23 stycznia 2025

 


Z Tatr Słowackich.

21.12.2024r.

Pierwszy, szybki wyskok, z 21.12.2024r na "górkę" Palenica 1174m która nie dawała mi spokoju. Charakterystyczny szczyt pod Tatrami, w drodze w słowackie taterki.


Wprawdzie to nie Tatry, bo należy on do Magury Spiskiej, ale budowę geologiczną ma taką samą jak sąsiadująca z nim część Tatr Bielskich.


Jadę!

Wyjeżdżam nieco późno, ale... a zdążę na zachód słońca... zdążę?

Aby nie spóźnić się, strzała prosto w górę. Do jakiegoś czasu jest dobrze, bo początek (mimo, że stromo), łąką, potem drogą leśną i nagle...pach! Droga znika. Zamiast trawersować, dzida na wprost, do drogi dojazdowej. Niemal wspinaczka 😉

Także tego wariantu, nie polecam 😛

Trasa

Na około, jest ładna, szeroka, dobrze utrzymana droga. Na rower super (zakaz wjazdu samochodem).


Wychodzę przy źródełku. Eee, chyba zamarzło 😛


Nieco dalej, na końcu drogi jest wiatka, z niezłym widokiem i panoramką z podpisanymi szczytami.

Ale to nie szczyt. Trzeba dalej! Wyżej!
Docieram na punkt widokowy i strzelam ujęcie na Ždiarska vidla i Havran.

Ooo, kogoś ślady, jakiego tubylca? Idę za nimi. Jakoś dziwnie to prowadzi, obchodzi grań. Trzeba było iść "po swojemu" za GPS.
Tuż przed szczytem.

W końcu docieram na szczyt. 

Z samego szczytu, widoczki, można rzec, żadne 😛
Schodzę nieco niżej, gdzie jest mniej drzew.

Droga w Tatry, w oddali Kráľova hoľa.

Jeszcze ujęcie na najwyższe szczyty  w Levočské vrchy.

Lomnický štít 2634 m.

Jest przegrycha, jest gorąca herbatka. Ogniska nie rozpalam, bo teren niesprzyjający. Odpalam ogrzewacze chemiczne i wkładam do butów i czekam na "kolorki".

Cudów nie ma, ale i tak coś się tam przyfociło 😉



Schodząc już "po ćmoku", ciężko było trafić z powrotem w ten ślad, ale jakoś zlazłem.
Jednak zejście na "przestrzał", koło źródełka, grzecznie strawersowałem, na tyle ile to było możliwe.



 04.01.2025r.

Na kolejny wyjazd, uzbierała się ekipa. Kamcia dała się namówić, na lodowe rzeźby na Hrebienok_u.
Jadę ja, Kama, Hiczkok, Gibis i Wiewiór z synem. Aaa, no i synek księdza, Coolio 😀
Sporo luda i pies. Wpakowaliśmy się do Volvo XC90.

U nas jest długi weekend. Ale u Słowaków, też tłoczno. Jeszcze jakaś impreza z gotowaniem zupy gulaszowej w wielkim kotle i TV była.

Zaczynają kuchcić. Może jak będziemy wracać, to się załapiemy.

Docieramy na Hrebienok.
Kolejka do rzeźb lodowych... że hoo hoo. 
Maciek zostaje z synkiem, nie chce iść wyżej, boi się "pokuty", że będą się rzucać o psa.

My postanawiamy iść do Zamkovského chata.

Człapiemy.

Obrovský vodopád.


Ooo, cosik się przejaśnia.

Tu chowam aparat. Myślałem, że zawilgł (ciągle na niego sypało), a jak się okazało na dole, włączył mi się tryb auto 😆
Jednak, dość odporna bestia, uff.

Na schronie, mnogo ludzi. Okupujemy jedną ławeczkę na zewnątrz. Batonik, herbata i idziemy na dół. W środku nie siądzie, za tłoczno, to nie ma co marznąć 😛

I jesteśmy z powrotem na Hrebienok_u. Spotykamy się z Hiczkokiem. Stał w tej kolejce. Czekał 43minuty! 🙈

Hee, teraz słonko wychodzi! Nie bawię się tak! 😒

Rzut obiektywem na słowackie "niziny".

Gulasz gotowy, w brzuszkach burczy, ale nie. Trzeba zostawić miejsce, na pyszne jedzonko w Kolibie Kamzik.

I środek kościółka. Rzadko bywa otwarty, więc skorzystałem.


Jeszcze wrócić bezpiecznie do jamy i można odsapnąć.



Kącik kulinarny.

Aromatyczna zupa ziemniaczana z warzywami i ziołami, idealna na obiad dla całej rodziny. Przygotowanie jest szybkie, a smak przypomina domowe, ciepłe posiłki sprzed lat.

Składniki:
- 500 g ziemniaków, obranych i pokrojonych w kostkę
- 150 g kiełbasy, pokrojonej w plasterki
- 1 marchewka, pokrojona w plasterki
- 1 pietruszka, pokrojona w plasterki
- 1 mały kawałek selera, drobno posiekany
- 1 por, pokrojony w plasterki (biała część)
- 1 cebula, drobno posiekana
- 2 ząbki czosnku, przeciśnięte
- 1,5 litra bulionu (warzywnego lub drobiowego)
- 2 łyżki masła lub oleju
- 1 łyżeczka majeranku
- Sól i pieprz do smaku
- Świeży koperek lub natka pietruszki do dekoracji


Podsmażenie ziemniaków i kiełbasy: W dużym garnku rozgrzej 1 łyżkę masła lub oleju. Dodaj połowę pokrojonych ziemniaków i całą kiełbasę. Smaż na średnim ogniu, aż ziemniaki i kiełbasa będą lekko zarumienione. Przełóż je na talerz i odstaw na chwilę.

Podsmażenie cebuli i czosnku: W tym samym garnku dodaj pozostałą łyżkę masła lub oleju. Dodaj cebulę i smaż, aż będzie szklista. Następnie dodaj czosnek i smaż przez kilka sekund, aż uwolni aromat.

Dodanie warzyw i bulionu: Do garnka dodaj pozostałe ziemniaki, marchewkę, pietruszkę, seler i por. Wlej bulion, dodaj majeranek, sól i pieprz. Doprowadź zupę do wrzenia, a następnie gotuj na małym ogniu przez około 15-20 minut, aż warzywa będą miękkie.

Zblendowanie połowy zupy (ja bym się pokusi o 3/4!): Wyjmij połowę zupy i zblenduj na gładki krem, a następnie przelej ją z powrotem do garnka. Dzięki temu zupa uzyska kremową konsystencję, a jednocześnie zachowa kawałki warzyw i kiełbasy.

Połączenie składników: Dodaj podsmażone ziemniaki i kiełbasę z powrotem do zupy. Gotuj całość na małym ogniu przez dodatkowe 5 minut, aby smaki się połączyły.

Podanie: Podawaj kartoflankę na gorąco, posypaną świeżym koperkiem lub natką pietruszki. Świetnie smakuje z chrupiącym pieczywem.

Ta wersja kartoflanki z kremową konsystencją jest jeszcze bardziej sycąca i aromatyczna. Smacznego!

Przepis zaczerpnięty z profilu FB "Gotuj z Kasią". Polecam rzucić okiem.


Smacznego i pozdrawiam.


wtorek, 21 stycznia 2025

 


Okoliczne "dzikcowanie".

01.12.2024r.



Naszło mnie, na sprawdzenie leśnych dróg i nie tylko, od mniej oczywistych i uczęszczanych okolic Krynicy.

No nie zawsze są chęci i możliwości (remont buraczkowoza 😛) na dalekie eskapady.


Podjeżdżam więc busikiem do Roztoki.

I wio halami i lasami, do Krynicy.

Trasa


Jakaś bardziej jesień tu, niż zima 😐

Jedna z licznych dróg z Roztoki na "grań".


Duch traw!👻

Gra światła i cieni, na leśnej drodze.

Jest i jakiś widoczek.
Na zacienionej polance, coś tak śniegu jest. Jak kot napłakał 😜

Ot takie karłowate drzewko, podpasowało mi.
Głodny już nieco jestem, a tu, jest słonko, trochę prostego terenu.
Miejsce na ognicho, niczego sobie. Więc rozkładam majdan.

Ktoś pomyśli sobie, że taki doświadczony włóczykij, a wśród traw rozpala ognisko!
Ale jest tak mokro i wilgotno, że to mini ognisko, nie stanowiło żadnego zagrożenia.

Pojedzony. Zagaszam pozostałości śniegiem i ryję krasnoludzkim obuwiem, aby po mojej obecności, pozostało jak najmniej śladu.

Ruszam dalej.
Człapię cały czas drogą leśną. W sumie, to na rower fajny teren. Myślałem, że będzie bardziej "dziko" 😉

"Micro las".

Złapane między drzewami.
Zachodzące słońce, oświetla gałąź z liśćmi w ciemnym lesie.

I zabezpieczony, mrówczy kopec.

A dalej... no niezły basior musiał tu grasować, skoro ślad, prawie tak szeroki jak moje krasnoludzkie buty!

Podgrzybek w górach w grudniu?!😳
I to zdrowy, żaden zdechlak spleśniały. Świata się kończy!

Koniec "dzikcowania". Wpadam na niebieski szlak, gdzieś za Przysłopem.
A potem niebieskim+żółtym, nad Słotwiny.

Złota godzina.

Zachodzące za Jaworzyną słońce, oświetla krzesełka kolejki. Wygląda to niczym świąteczne światełka.

Schodzę poniżej wieży na Słotwiny arena i pstrykam.
Widać wieżę na Malniku 

Rach ciach, zejście starym wyciągiem, pod "gondolę".
Nieźle rozryli tą górę i sporo tych apartamentów będzie 😬
No cóż, drugie Zakopane nam się tu robi 😭

A tam, spotykam Jurka!
I... co za krzywa jazda. Nie wolno w butach narciarskich, w busach/autobusie gmiannych, obklejonych reklamami Jaworzyny Krynickiej 😆 Była gruba inba. Kierowca nie pojechał, do póki Jurek nie wysiadł. Normalnie, w głowie się to nie mieści. U nas, wszystko musi byś pojebane!
No ale przynajmniej, nasz prawie, że najlepszy przyjaciel Maciuś aka ksiądz 😉 zrobił akcję ratunkową, a my potem, wylądowaliśmy u Jerzego, na małym "co nieco". Jak za dawnych laty! 😊



Okoliczne "dzikcowanie" cz2.

15.01.2024r.


Odezwał się do mnie, kumpel indianiec. No Darek ten no, z Zalasowej. Nie mogę go już nazywać "wodzem", bo strasznie go to wkurzało. To musi zostać "kumplem indiańcem" 😛 (pewnie też szczęśliwy dalej nie jest 😆).


Chce gdzieś iść. Czasem wymyślę coś ciekawszego, czasem mniej 😜 Czasem pozaszlakowo, czasem w dzicz totalną. Ale, On, nigdy nie buntuje się. Pójdzie zawsze, w najgorsze chaszcze i zbyry, jakie sobie wymyślę 😁 Fakt, nie będzie biegał, skakał i robił szpagatów (no ja też raczej nie 😂), ale z uporem... osła, pójdzie!


No to kto by mógł mi towarzyszyć, w kolejnym wyjściu w okolicę, od nie oczywistych stron.

Plan zakładał wyjście z Nowej Wsi.

Jako, iż buraczkowóz został przywrócony do życia, to nim pojechaliśmy do Nowej Wsi, a pod Jawo, został samochód Darka. Aby, po męczącej trasie, nie musieć dreptać z buta asfaltem.

Trasa


Na dzień dobry, przekraczanie rzeczki 😛


Później leziemy trochę drogami, trochę "na azymut". Ale wcześniej, musieliśmy się wydostać, z osiatkowanego pola, otoczonego drzewami.

Idziemy, idziemy!

Tee, nie w tą stronę, do góry!
Aaa, gołąbeczki musiały sobie pogadać 🙊

Jedno z tych, nie oczywistych miejsc.

Lizawka.

Wyczaiłem, że gdzieś tam w lesie, niemal po drodze, jest taka chatka.
Odnowili ją i postawili grilla! 😃

Skorzystamy 😁

Sprzęt biwakowo-ogniskowy, jest!

Niam niam.
Polecam, chyba nie pierwszy już raz, kiełbasę śląską od Kmaka.
Kamrat, podziela moje zdanie.

Brzuszki pełne, coś ciepłego wpadło, morale wzrosło. Idziemy dalej.

W końcu jakaś zima.


Zapanował mrok.
Odpalamy czołówki. Męczy to chodzenie po "koleinach". Darek nieco załamuje się, na wiadomość, iż kolejka chodzi tylko do 16! (byłem przekonany, że ma być dłużej w tym sezonie). Nie zdążymy. Jest w szoku, że taki ośrodek narciarski i tylko do 16. No cóż, PKL, państwowa spółka i wszystko jasne 😛
Morale siadło 😉

Docieramy na Jawo.
Posilamy się w Kolibie (polecam pyszną kwaśnicę!). Dzięki wielkie Łukaszu, za gościnę, mimo, że wiele czasu nie miałeś.

Indianiec, to wyobrażał sobie, zejście z Jawo, jako długotrwałą i żmudną drogę. No ale, boczkiem, boczkiem, nartostradą, nie jest tak źle. Chyba sam był w szoku, że można, tak szybko. 
Schodząc, macham "ratrakowcom". Jeden, to nawet pozdrowił klaksonem. Chyba mnie jeszcze pamiętają. Trudno by nie 😜

I ujęcie z parkingu.

Tipi nie mam, ale zimny pokój, w którym mój kompan, czuje się nad wyraz dobrze.
Zostaje na noc. A rano, jedziemy odzyskać "buraczka".

Oj dobre to było "dzikcowanie". Bez spektakularnych widoków, ale... udane.

Pozdrawiam cię, mój wierny druchu, wodzu wioski indiańskiej! 😁



Kącik kulinarny


Herbata zimowa.

Ponoć, robię dobrą herbatę zimową do termosu.

Czy zdradzę sekret? 😉 Sekretu wielkiego nie ma. 

Składniki:


Ważnym składnikiem jest... HERBATA. Nie używajcie jakiejś Sagi, Minutki, Liptona, czy jakiś innych chujostw 😛 Co z tego, że dorzucamy przypraw, miodu, soku malinowego. Sam wywar, "czaj", ma duże znaczenie. Parzę z trzech torebek.

Jak ktoś ma patent, jak wygodnie zaparzyć herbatę liściastą w termosie (jakieś parzydełko, co wejdzie przez otwór termosu i będzie dało się go przymknąć), to niech da znać. Bo ta herbata, z dodatkiem kardamonu, jest mega!


Skupmy się na składnikach. Nie musimy tu dbać o aspekt wizualny. Więc, pomarańcza nadziana goździkami, nie ma sensu. Wrzucamy goździki i pomarańczę, osobno.

Pomarańczę, polecam kroić w grube plastry. Cienkie, po paru godzinach, za bardzo się "rozmemłają".

Cynamoń cejloński - w całości.

Imbir - świeży, nie mielony. Kto ile lubi.

Miód - coś słodziutkiego - ja tam lubię rzepakowy, bo daje dużo energii. Tak, wiem, mód do wrzątku, zbrodnia 😉 ale ważne są tu walory smakowe.

Sok malinowy - bardzo istotny składnik! Uważajcie np na Herbapol i temu podobne. To woda z cukrem/syropem glukozowo-fruktozowym i niewielką zawartością soku z malin. A dobry soczek malinowy, robi robotę.

Kupujcie na lokalnych ryneczkach wyciskany, domowy (tak, też z cukrem, sama malina 100% jest dość kwaśna!), lub, coś sklepowego, co ma przynajmniej 50% soku NFC (takie też nie wszystkie są smaczne 😒 ). Ten z biedrona, w małej buteleczce, jak już nie ma co innego kupić, lepszego, nie jest zły.


Smacznego i pozdrawiam!