czwartek, 26 czerwca 2025

 


Machy 1202m

14-15.06.2025r.



Plan już ustalony, pakujemy się, bo mamy jechać razem. W tym spanie w chatce z wielkim oknem i takie widoczki  nam się marzyły z rana...


Jednak, Kama coś się słabo czuje. W gardle drapie, a im później, tym coraz słabsza. Mięśnie bolą.

W końcu oświadcza mi, że nie ma sensu, żeby jechała, bo jakiś zaraz ją atakuje, jest słaba i żeby ją nie rozłożyło do reszty 😷

Smutno jej było, stwierdziłem, że jak będzie bardzo źle rano, to zostanę. A, żeby jej smutno nie było jak jednak pojadę 😈 to wymyśliłem na szybko plan B, z... pchaniem roweru na wieżę widokową i noclegiem.

Rano Kama czuła się na tyle dobrze, że nie potrzebowała pielęgniarza 😉

Więc wziąłem się za realizację planu B. Do fajnej chatki, jeszcze kiedyś pojedziemy razem! 😊


Padło na słowacką mieścinę Zuberec.

Tam, jest też Brestovská jaskyňa i skansen. Wielkim fanem jaskiń nie jestem, ale... czemu nie, nie jest drogo, 10E. Skansen sobie odpuściłem, bo byłem niedawno w podobnym.

Jadę...


Docieram pod jaskinię.
Parking za darmo 😁


Kupuję bilecik w budce i czekam grzecznie.


Idziemy za przewodnikiem. Przed jaskinią rozdaje kaski z czołówkami i szybko objaśnia jak korzystać.
U mnie widzi aparat i mówi, że można robić zdjęcia (za darmoszkę, kolejny pozytyw), w miejscach, w których będziemy się zatrzymywać.

Wejście do jaskini.

Człapiemy...

Przewodnik szkoli młodego.

Piękne formacje na "suficie".

Częściowo idzie się takim kratowanym chodniczkiem, a pod nim płynie podziemna rzeka.
Ciekawie to wygląda.

Fiku miku po takich "taboretach".

I lądujemy w ostatniej salce, a tam niżej, to już zejście do podziemnej rzeki i dalej do zalanych korytarzy.


Za paręnaście tysięcy lat, może powstanie jakiś ładny stalaktyt 😉

Wracamy.
Cóż za piękne sklepienie, w świetle czołówek, niczym jakaś mgławica.

Dużo chodzenia tam nie ma.
Z gadaniem przewodnika (aaa, dla Polaków, jest zalaminowany opis poszczególnych sal/korytarzy i trochę historii), wychodzi niecała godzinka. No ale za te 10E... można iść.

Jeszcze przed właściwą jaskinią, są inne, pomniejsze, gdzie można podejść i kuknąć 😏

To odpinam nogawki (w jaskini zimno, wiec lepiej dobrze się ubrać), siup do samochodu i jadę na okoliczną wieżę widokową, zwaną Tonka.
Na zdjęciach w mapy.cz, widziałem, że jest tam jakiś parking, były samochody. Stwierdziłem, że może dobrze by tam zostawić samochód na noc.
Jadę!
Eee, stromo cosik. W dodatku droga wysypana a'la żużlem/starym asfaltem. 
Ja nie wyjadę!?
I... gdzieś w tym miejscu, samochód zaczął grzebać, tracić przyczepność i koniec jazdy.
No nie wyjechałem 😛

Hamulec i... ciągnie mnie na dół 🙈💀
Jakoś, powoli odzyskałem kontrolę, ale... jak tu teraz się wycofać. Ni hu hu, nie ma miejsca żeby gdziekolwiek zawrócić. Noo zesrany byłem "nieco" 😉 ale powoli, na hamulcu, wycofałem tyłem cały podjazd. Uff. Dobrze, że nikt nie jechał z dołu!
Na dole, tuż przy drodze, koleś kopał fundamenty pod murek.
Pytam go, czy owa wieża, w ogóle otwarta (jak już tam pieszo muszę iść 😜). Ten odpowiedział, że tak, jest otwarta, ale samochodem by się tam nie pchał 😂
Oznajmiłem mu, że właśnie próbowałem i ledwo zjechałem.
Poradził zostawić samochód po drugiej stronie drogi, koło garaży.
Tak też uczyniłem i z buta udałem się na szczycik.

Enoo, to prywatna wieża, płatna! 3E.
Jak już dotarłem tu po tych przygodach, to wypada iść.
Na rozluźnienie napięcia po walce z wycofaniem, piwko 😁
Też 3E, ale bardzo dobre, jakieś "lokalne". Nazwy nie pomnę. Nie, nie jest to Urquell, tylko w ich kuflu.

Widok na pasmo, które za chwilę mam zdobywać rowerowo.

I zoomik na Machy 1202m, gdzie przewidziany jest nocleg.

W drugą stronę, czyli Tatr Zachodnich.


A w środku, w "knajpce" (schronisku? Są też noclegi), szopka! 😆

Schodzę na dół, wyciągam rower i w drogę.

Ujęcie na wieżę z podjazdu na przeciwległym paśmie.

O! Jaka fajna huśtawka. Kama by latała pod samo niebo!


Dalej...
Samotne drzewo.

Ojj stromawo, grzeje.
Odpoczynek, na batonika.

Dalej to już samo pchanie, aż na przełęcz.

Niczym lokacja z gry Wiedźmin 3 😀

I morderczy wypych. Chyba po ostatnim, wiele nie zmądrzałem. No ale, tu jest dużo mniej km, to dam radę 😛 Ale ciepełko, a na szczycie, ani po drodze nie ma źródła. Więc zabrałem jeszcze ze sobą 2x1,5L wody.

Siadłem na przełęczy w trawie, zjeść batonika.
Wypsikałem się przy okazji:
Co by mnie przy posiłku nic nie pożarło. Skuteczność może i dyskusyjna, ale bardzo podoba mi się zapach, więc to takie górskie perfumy, tzn "cygański prysznic" 😆
Można było skoczyć jeszcze na Kopec 1251m i fajną chatkę pod szczytem, ale... zmęczyłem się tym wypychem, a i późno się zrobiło.
Na spokojnie rozbiję legowisko i zjem obiad.
Jadę na Machy.


Jest, dotarłem!


Zgłodniałem.
Kitram się w środku, bo wieje, lepiej na palniku gotować w zaciszu.

Tym razem liofiz marki LYO.
A dokładnie 

Chyba odrobinę za dużo wody wlałem.

W smaku bardzo dobry, wszystko fajnie się rozpuściło, wymieszało, na niczym nie połamie się zębów.
Nie za ostre. LYO robi bardzo smaczne liofizy.

Rozkładam w środku, na pół otwartym "parterze" legowisko.
Na pięterko wlazł jakiś młody wędrowiec. Ściągnął buty, skarpety i wietrzy stopy 😖
O jebaniec, ale ma wielkie, szerokie stopy. Jak krasnolud! 😆 Niezły troll.

Ja wylazłem na szczyt wieży, tam jest taki malutki punkt obserwacyjny, w sumie na jedną osobę. I focę panoramkę z cieniem owej konstrukcji.

Do zachodu zachodu, jeszcze trochę.
Złażę, czas rozpalić ognicho i zjeść kiełbaskę.

A troll dalej siedzi na pięterku. Nie zszedł do ogniska, nic nie zagadał. Noo dziki troll. Pewnie jak i ja, liczył na kontemplacje w samotności 😜 i nie pykło.

Pojadłem, to zaś do tego "kurnika" na szczycie.

Słońce zachodzi.


Podświetlając plansze z opisanymi szczytami.

W stronę Malá Fatra - widoczny Stoh i charakterystyczny Veľký i Malý Rozsutec 😍

Słonko zachodzi.

Papa.

Czekam jeszcze na kolorki. Coś zaczyna się dziać.

To jeszcze z max zoomem, jakieś "artystyczne ujęcia" 😉


Noo, noo, nawet ładnie było. Zobaczymy, jak będzie na wschodzie.
Schodząc zagaduje do trolla, bo został na noc. Rozłożył sobie na piętrze (mimo wiatru), posłanie. Ja go spod wiatki, nie wyganiałem. Pytam, czy wstaje na wschód słońca, bo ja będę wychodził na wieżę robić zdjęcia.
Coś tam odburknął, że jak wstanie, tak wstanie. Hmm, no zachodem nie był szczególnie zainteresowany.

Idę spać.
Śpię... źle.
Skurczy troll, ale miał szeleszczący bivi bag. Albo... może specjalnie się tak wiercił, żeby budzić mnie bo moje chrapanie budziło jego?😝
Tak czy siak, raczej oboje się nie wyspaliśmy.

Obudziłem się coś 3:40. Nie ma sensu już przysypiać na chwilę (skoro wschód 4:30 - a i przed bywają kolorki). Idę zrobić kupkę 🙊
Towarzysz noclegu może śpi, to choć co prywatności i krecik może się nie przestraszy 😂

Sprawy higieniczne, załatwione.
Zrobiłem jeszcze kubek herbaty i idę focić.

Tuż przed wschodem, rzut obiektywem na odległe szczyty Tatr Zachodnich.

I Orava przed wschodem...


Jest, wyłazi! 😍


No piknie jest.

Mgły nad Oravą, jest klimacik 😇


Tak trochę jesienne kolorki 😉

I jeszcze przybliżenie na Veľký i Malý Rozsutec.

Jakieś "górskie kuraki" wyszły.

Sivý vrch 1805m.

Drzewko przy drodze.

Jem śniadańko, jeszcze jedna herbatka i czas się zbierać.
Troll nie wstał na wschód, nie zebrał się. Chyba dosypia jeszcze.
Opuszczam go, w drogę.
Byle szybko do samochodu i do domciu. Bo jestem mega zmiętoszony, po tej nieprzespanej nocce.

Nieco za szczytem, szerszy widok na morze mgieł zakrywające jezioro.

Ujęcie "w tył". Za mną Machy 1202m gdzie spałem. Zdjęcie z Mnich 1109m.

No to fruu na dół. Fajny zjazd, ale... pryy.
Oj dobrze, że oznaczyli taśmą, bo można by zrobić "fruu" przez kierownicę 😜

Ło kruca, rozryli drogę a potem wypłukało.
Trzeb było jechać obok, łąką, nowo powstającą drogą, gdzie pełno krowich placków 🙈

Tu się już śmiga, droga nie zaminowana 😁

Zjeżdżam jeszcze nad rzeczkę.
Przez ten mostek idzie dalej szlak, ja wzdłuż rzeki, do samochodu.

Scheiße Rose!
Nie to, żebym narzekał na rower, bo zadowolony jestem, ale dostał mocno krowimi plackami. Będzie sporo szorowania😷

Może wiele kilometrów nie zrobione, ale pod względem fotograficznym, bardzo udany wypad 😃




Kącik kulinarny


Arbuz w przyprawach.


Ciepło jest, to coś do nawadniania i jednocześnie skubania 😄
Kama wyczaiła na rolkach, ciekawe połączenie. Słodkie (arbuz), słone (sól), kwaśne (limonka) i ostre (chilli) 😋


Składniki (jw)

- Arbuz - w małych kawałkach

- Sól

- Limonka - sok

- Chili - czy co tam mamy ostrego sproszkowanego


Kroimy arbuza, pestki won! I przyprawiamy, mieszamy dokładnie. 

Można odstawić do lodówki, na jakąś chwilę, żeby się przegryzło i schłodziło.

I gotowe.


Ciekawa przekąska. Tylko trzeba poeksperymentować z proporcjami.
Mnie się sypnęło za dużo ostrego i... jesz, fajnie, słodko, trochę kwaśno i słono, przyjemnie a potem... ogień w gębie!😈
Przesadziłem. Aż mi gluty z nosa poszły 😂

Smacznego i pozdrawiam.

środa, 11 czerwca 2025

 


Volovské vrchy

Kojšovská hoľa 1245m

27-28.05.2025r



Czas na jakiś wypad rowerowy z namiotem.

Od dłuższego czasu, myślałem o szczycie Kojšovská hoľa 1245m. Leżącym w Volovské vrchy (Góry Wołowskie). Niby prosta sprawa, bo można się tam bardzo łatwo i szybko dostać od miejscowości Zlatá Idka.

Ale przecież nie chodzi o to, żeby było łatwo i szybko, szczególnie na wypad rozłożony na dwa dni!

Myślałem i myślałem i wymyśliłem, zęby zrobić to od wschodniej strony, zaliczając ciekawy szczyt Zbojnícka skala 1147m i dalej Kloptáň 1153m.

Całość, aby nie wracać tym samym, zaplanowałem tak:

Planowana trasa mapy.cz - całość.


Ktoś by powiedział, 44km i 1260m UP, idzie zrobić w jeden dzień, po co nocować!? A właśnie po to, żeby było fajnie, miło. Upiec kiełbaskę, potestować nowe gadżety outdoorowe i oczywiście, porobić fotki o zachodzie i wschodzie słońca!

I, żeby nie umrzeć na szlaku 😝


P.s

Aaa, doszły mnie słuchy, iż ktoś marudził 😉 że mało tekstu, a za dużo zdjęć. Albo inaczej, dużo zdjęć, bez opisu. Odpowiem tak: Jedno zdjęcie, to tysiąc słów 😜

A tak na poważnie, to nie zawsze, dzieje się coś wyjątkowego, wartego opisu, według mnie. Aczkolwiek, postaram się poprawić i pisać nieco więcej.
Nie wiedziałem, że mam fanów, mej prozy 😆


Pakowanie...

Tu nie będę opisywał, widać. A jak ktoś nie wie co jest co i na co, zawsze może zapytać. Nie gryzę, odpowiem.


Czekam dość długo z wyjazdem, bo pogoda, mocno średnia. U mnie pada, a tam, ma być (teoretycznie) im później, tym lepiej.
W końcu, startuję buraczkowozem po 12.


Na miejscu jestem 14:20.

Parkuję przy cyklotrasie (za darmoszkę).
Wyciągam rower, pakuję się i wjeżdżam w głąb doliny.

Trasa pierwszego dnia (przewyższenie zakłamane):

To są po górnicze tereny. Tu, zza krzaków, straszy jakiś pokopalniany szkielet.

Tuż obok, na przeciwko, chatka.
Zamknięta i syf na werandzie 😔

P.s Sakwa źle spakowana/napięta. Zbyt nisko opada, o czym później, boleśnie się dowiedziałem.


Jadę dalej, tan, trochę jadę, trochę pcham 😜

I kolejna chatka:
Útulňa Jána Kruteka.

Tutaj wypas, jest kibelek...

W środku kominek, drewno. Dużo miejsca do spania na piętrowych łóżkach. Książki i albumy do czytania. Czysto, schludnie, górskie "pięć gwiazdek".

Wszystko super, ale chata pośrodku niczego. Żadnych widoczków, skałek, czy konkretnego szczytu.
Ot na przekimanie, przy długodystansowej wyprawie.

Jadę dalej.
To zabawa w podchody? Czy oznaczenie szlaku? 😉

Jest coraz stromiej, już nawet pchać jest ciężko.
Co ja wymyśliłem?!🙈

Dobrze, że przynajmniej upału nie ma, ale chmury, takie no... nie napawające optymizmem. Już blisko pierwszego, konkretnego szczytu, skalistego szczytu!

Przy tym powalonym drzewie, zostawiam rower. Idę na rekonesans, czy w ogóle fizycznie możliwe jest wytaszczyć rower na tą skałę.

Cyk foteczka, wracam po rower.

Da się! 😁 Ale nikomu tego nie polecam.
Miejsce oznaczone jako punk widokowy. Właściwy szczyt, dalej.

Szczyt.
Zbojnícka skala 1147 m.

Zeszło mi, nader długo, wydrapanie się na te skały. Robi się późnawo, a dodatkowo, dobija ten widok. Może i ładny, ale ten hen daleko szczyt z przekaźnikiem, to mój cel 😆

Nawet między owym skalistym szczytem, a kolejnym, czyli Kloptáň 1153 m, było mało jechania, a przed szczytem, ostre pchanie.

Spotykam tam parę Słowaków, idą takie ichniejsze GSB, aż do Bratysławy.
Trochę zdziwieni są mym widokiem, w takim terenie, od tej strony, pchając objuczony rower. Facet pyta, dokąd zmierzam. Odpowiadam, iż na Kojšovská hoľa.
Zrobił dziwną minę, nie tyle "wielkie oczy" z niedowierzania, co skiśnięty wyraz twarzy, mówiący coś w stylu "co ten szaleniec wyprawia" 😆
Popatrzył na zegarek, było gdzie po 17:30 i mówi, że nie dam rady.
Żebym zanocował na najbliższym szczycie. Albo dalej przy Trohánka (tam jest woda) - co i tak twierdził, że nawet tam nie dotrę. Chyba za świeżo nie wyglądałem 😂
Widać było, że bardzo dobrze zna teren, może nawet tamtędy szli tego dnia. Mówił, że od najbliższego szczytu (gdzie polecał spać), do Trohánka jest w prawdzie niemal cały czas w dół, ale na rower, też nie idealna droga.
Spytałem tylko, skoro taki obeznany, czy na Kloptáň jest woda (na na mapy.cz - nie widziałem). Odparł, że nie. Aha 😛
Pożegnaliśmy się, życzyłem im powodzenia, a oni, w duchu, pewnie modlili się za mnie.

Docieram do Kloptáň 1153 m.
Zatrzymywać się tu, jest bez sensu, bo nie mam wody na gotowanie/następny dzień.
Wieża bez schodów, pewnie ucięli, bo grozi zawaleniu(?).
No nic, trzeba jechać dalej, do Trohánka

Faktycznie w dół, ale wcale nie prosty i szeroki szlak. Wręcz przeciwnie, wąski, kręty, trochę powalonych drzew. Ale jadę, nie szybko, bo taki "techniczny odcinek" ale jadę i poruszam się szybciej jak piechur. To już coś.
Nieco wigoru, oddają widoczki, ale jestem już mocno zmęczony tym wypychem i walką na zjeździe.

Walkę na zjeździe, uprzykrza sakwa. O której wspominałem, że źle spakowałem/zorganizowałem.
Co większy dołek "tryyt" o oponę. Co dodatkowo wpływało na tracenie energii i po prostu wkurwaiło!😡 Fakt, mogłem się zatrzymać i poprawić. Ale to trzeba by wszystko wypakować, poukładać na nowo, pokombinować, podociągać paski. Z 20-30min stracone. A czas, zaczynał mi zbyt szybko uciekać.

Dotarłem do Trohánka.
Niech mnie ta "Matka Boska Górnicza" 😉 ma w opiece.

Jest trochę wiat, w tej środkowej miejsce na ognicho i miejsce do spania.

Jadę jeszcze nieco poniżej do źródełka.
Bardzo wydajne. Tankuję 1,5L i wracam na wiatki, zastanowić się, co dalej.

Jest godzina 18:31
Mocno wieje, więc tam na szczycie, będzie chciało łeb urwać i wodę trzeba taszczyć stąd, bo na szczycie nie ma źródła. Hotel który jest pod szczytem, zamknięty.
Może jakbym się wybrał wcześniej i miał zapas czasu. To jak bym zjadł, odpoczął, ruszył bym dalej.
Biorąc wszystkie za i przeciw, postanowiłem pozostać tutaj.
Żal było ładnego zachodu słońca i może ciekawych warunków o wschodzie, no ale cóż. Zapomniałem, że nie mam 20 czy nawet 30 lat. Forma ostatnio nie najlepsza i to targanie roweru w trudnym terenie, mnie wykończyło. Racjonalnie myśląc, to jak bym się uparł i za wszelką cenę chciał dotrzeć na szczyt, to bym dotarł. Ale w stanie agonalnym (dosłownie), kończąc bez wody i zapewne mało co śpiąc, przy tych warunkach na otwartym szczycie.


Rozkładam więc legowisko.
Wziąłem nową poduszeczkę, co dostałem od skarbiątka.

Czas na obiad.
Na szybko, zanim rozpalę ognisko i woda by się na nim zagotowała, to palniczek.

Liofilizat którego zabrałem, firmy Trek'N Eat, danie Chili con Carne.
O takowe:
No nie tanie, te liofizy. Ja od czasu do czasu, poluję na OLX, na różne marki.

Samo jedzonko, dla mnie, w smaku, było ok. Nie ostre, ale dobrze doprawione. Można się najeść. Ale tak, jak można przeczytać w komentarzach na skalniku, fasola to porażka! Co trzecia/czwarta fasolka, twarda jak pieprz. Grozi połamaniem zębów. Więc, nie polecam!


Pojadłem, rozpaliłem ognisko.
Kilkadziesiąt metrów od obozowiska, jest jakiś widoczek z drogi.

Kolorki o zachodzie.



Jadę jeszcze po wodę. Mało mi zostało na coc i rano.

Kiełbaska super wypieczona. Po liofizie nie chciało mi się od razu jeść, więc porządnie się wypiekła, tłuszczyk wykapał. I zjadłem ją, na późną kolację.

Kolejne zastosowanie mikro pompeczki.

Nie rozbijałem namiotu, bo całkiem przytulnie było w tej wiatce. Napaliłem jeszcze na noc, aby było nieco cieplej i żeby się zwierzaki bały.

Pobudka 4:10. Idę zobaczyć, na okoliczną drogę, z której "coś tam widać".
Noo, noo, nawet fajnie wyszła ta panoramka.

Jeszcze zoomik, taki kadr przykuł moją uwagę.

Podano do stołu - śniadanko w promieniach wschodzącego słońca, ahhh.

Pakuję majdan. Tym razem więcej czasu poświęciłem sakwie. I ruszam.

Noo nie, zaś pchanie!🙈

Aż do Biely kameň - mało było jechania, a bardzo dużo pchania.
Ale potem... 😈

Dobrze, że przeorganizowałem rzeczy w sakwie. Tego dnia nic już nie tarło = nie wkurwiało 😀

Niedaleko szczytu, pamiątkowa foteczka w takiej ramce 😉

Tu też jest chatka. Ale zamknięta. Pewnie w sezonie można coś kupić.

Mijam "hotel", tzn Chatę Erika (też zamknięte, doczytałem, ze otwierane na weekend).
Jeszcze "tylko" kilometr stromej, starej asfaltówki.

Jest i szczyt. Zdobyty!

Ładna droga, kusi, ale ja mam jechać w przeciwnym kierunku.

Tak trochę bieszczadzko 😉

Jadę jeszcze na punkt widokowy pod szczytem, z którego widoczne są Tatry.
Tzn, nie tego dnia 😒 Ledwo ich kontury rozpoznałem.
To choć takie ujęcie, z kamieniołomem w Margecanach.

W nagrodę, zjadam pysznego wafelka.

To teraz, już długooo w dół.
Hamulce się palą 😋

Po drodze, jeszcze takie ciekawe ujęcie wody.

Już blisko wioski i głównej drogi, zauważyłem coś na łące. Myślałem, że to jaka krowa. Wyhamowałem. Zoom na max - no nie krowa, byk! Tzn jeleń 😁

Zjeżdżam do głównej drogi.
Teraz już spokojnie, asfaltem.
Wjeżdżam do ostatniej wioski na mej trasie, czyli Mníšek nad Hnilcom. A tam... muzyka. Eee, festyn jakiś czy co? Nie, muzyka leciała z tego ich prehistorycznego, komunistycznego "radiowęzła". Nie wiedziałem, że gdzieś to jeszcze działa 👽

Za wioską, trochę mi się droga pokićkała, ale ciul. Jadę polną drogą, dojadę. No nie, samochód mam 30m za bramą, oczywiście zamkniętą. To nawrotka 😛

Trasa drugiego dania:

Jest, dojechałem. W końcu w samochodzie. Można wracać do domciu.
Zmiana skarpeciochów.
"Banany" na niziny, "merino" na wyżyny 😉

Ciekawy był to wypad. Uczy pokory, aby planować z większą rozwagą, zwracając szczególną uwagę na warstwice 😉 Targanie bicykla z sakwą i namiotem po skałach, też sobie odpuszczę na dłuższy czas 😝



Kącik kulinarny

Turbo zupka chińska!

Zapytacie, że co?!
Tak nisko już upadł 😆
Odpowiem, tak 😉 Jak widać, dania liofilizowane, są drogie. Pożywne, świetne, smaczne (w większości?), ale drogie.
Mnie tam, "zupki chińskie" (wiadomix, głównie Vifion - to jak z "Makiem", gówno, a ludziom smakuje i jedzą), smakują. Tak, wiem, że to paskudztwo 😜 ale zjeść coś gorącego z rana i smacznego ahh. Zresztą, tego nie je się na co dzień. Większym problemem jest to, że to ma znikome wartości odżywcze.
Wypadało by czymś ją wzbogacić.
I w tym wydaniu kącika, będzie o wzbogacaniu zupki chińskiej. Czyli, można powiedzieć, bieda-januszex liofiz 😁
A na inne liofizy (te prawdziwe), będę polował na olx czy "giełda sprzętu górskiego" na FB. Zostały mi tylko cztery 😟 Jakby ktoś widział gdzieś fajną promkę, dajcie znać.



Składniki:

- "Zupka chińska" - jakaś ulubiona 😀 - ostra, na rano (na rozgrzanie), mile widziana
- Kabanos 
- Ser - polecę aromatyczny- Rolada Ustrzycka - inny - wystarczy parę plasterków
- Jajko ugotowane - w skorupce, na dnie plecaka, wytrzyma nam te parę godzin drogi. Nawet w upale.
- Garczek - do zagotowania wrzątku w terenie


Kabanosa i ser ciachamy drobniutko. Jajo może być w większe kawałki.
Gar już trochę przeżył. I czy to używany na palniku, czy na ognisku w żarze/ogniu, sprawdza się b.dobrze.

Każdy musi obczaić ile ml wody zagotować, aby do zupki, jak spuchnie, zmieściły się dodatki (zależy od pojemności garczka i ulubionej konsystencji - ja lubię gęstszą).
Aby dobrze się zagotowała, to najpierw do wrzątku dodajemy zupkę, a po tych ~3min resztę składników i znów czekamy parę minut. Ser fajnie się rozpuści 😁 

Wychodzi nam taka potrawka, która jest bardzo rozgrzewająca, robi dobrze na brzuszku i daje nieco energii.

Smacznego i pozdrawiam.