czwartek, 1 sierpnia 2024

 


Súľovské skaly

19-21.07.2024r.



Od dłuższego czasu, owe skałki, tkwiły mi w głowie. Zakochałem się w jednym zdjęciu, z pewnej turni skalnej i... no musiałem tam pojechać.

Wieczorami wertowałem mapy.cz i googlowe mapy. Układałem plan. A zakładał on wyjazd już w piątek, zaraz po pracy (z małym urwaniem się), aby dotrzeć na wymarzony punkt widokowy na zachód. Gdzieś tam nocleg na dziko, wschód słońca i przez kolejne dni, trasy górskie, zamki, kolejne spanie na campingu.

Czułem to, w mym piżmoczym moczu 😆, iż będzie to epicki wyjazd. Dlatego czekałem na odpowiednią chwilę, aby nie jechać sam, tylko z Kamcią 😊

Nadeszła i ta upragniona chwila. Ale, ale, to 240km i... żeby zdążyć na ten zachód, a przynajmniej przed zmrokiem na szczyt, to wypadało by pędzić autostradą. Godzinę szybciej! I wracając, mamy godzinę zaoszczędzoną więc... zdecydowałem się na zakup, najtańszej, dziesięciodniowej winiety.

Kosztuje ona 12E, więc, całkiem spoko.

Polecam kupować na oficjalnej słowackiej stronie, be pośredników. Nr karty, kod cvc i leci.

Winiety

Namiotu nie braliśmy, aby na drugi dzień, nie dźwigać. A i super ciepłe te ostatnie noce, że można spać na golasa 😁 Zresztą, namioty, oba, zostały pożyczone. Więc hej, przygodo! Materace i śpiwory i to wszystko.


Jedziemy!


Parkujemy samochód koło kościółka w Lietavská Závadka (uwaga, tylko dwa miejsca + jedno dla niepełnosprawnych).

Ruszamy na szlak. Mamy lekkie opóźnienie, ale cóż począć. Jest, jak jest.

Pierwsze widoczki.


Słońce coraz niżej.
Ujęcie na Lietavský hrad.

Wchodzimy w las. Nieco dalej Žilina i otaczające ją górki.

Dalej chcą nas zjeść "końskie muchy". Jakiś zmasowany atak!
Zatrzymaliśmy się i w ruch poszedł (ładnie pachnący) środek dla dzieci. Chyba podziałał i je odstraszył, choć im wyżej, to mniej ich. A dość szybko zyskiwaliśmy na wysokości. No stromo było.
Kamcia nie chciała, żeby mi było smutno, że nie zdążymy na zachód i włączyła tryb "turbo" 😉
O dziwo, dość dobrze mi się szło, mimo, że nie z lekkim plecakiem.

Roháč 803m n.p.m

Cały zalesiony, wiele z niego nie widać, tylko tyle, że zachód ma się ku końcowi 😛
Lecimy dalej.
Jest, docieramy na szczyt skalnej turni, skąd rozpościera się piękny widok. To miejsce upatrzyłem na wschód słonka.
A i ostatki zachodu, udało się złapać.

Kama zdobywczyni skalnych turni!

Księżyc mocno daje.

Chciałem spać w lesie, na płaskim. Jednak Kama miała lęki przed miśkami i ogólnie "mrokiem lasu".
Stwierdziła, że śpimy tu na górze! Eee, gdzie?!
Ciasno, mało miejsca i niewygodnie. 
Ciężko było to nazwać spaniem. Może 2-3h max, tak po 30 min.
Przy jednym z przebudzeń, patrzę, a Kamcia leży na skraju materaca, tuż nad końcem półki skalnej. Pół przytomny, odruchowo złapałem ją za rękę i zacząłem przyciągać. Taka to była szalona noc.

Zastawiłem też pułapkę na miśka 😜
Dwie puszki po piwach, które z rozkoszą skonsumowaliśmy na szczycie. Nieco zgniotłem i położyłem na jedynej, wąskiej ścieżce, prowadzącej do naszego legowiska 😆
Oczywiście, pod głową, raca w pogotowiu.

Nad ranem, niczym cygański majdan 😉

Trzeba się posilić.
Weszły liofizy Trek'n eat. Nie najgorsze, choć jadłem lepsze. Ja tej dużej porcji mięsnej, nie zjadłem całej! Obfita, sycąca.
Wydźwigaliśmy po 1,5l wody na głowę. I wcale nie było to za dużo. Jeszcze herbata i kawusia "3in1". 

I gdzie ten wschód?!
Słońce nas oszukało i wyszło zza chmur, dopiero parę godzin później.
No cóż, nie ma spektakularnych efektów świetlnych, ale sama miejscówka... miodzio!😍

Zwijamy obozowisko i już gdzieś 6:20 idziemy dalej. W palnie kółeczko do samochodu.
Niby tylko 12,5km, ale nie można powiedzieć, iż to łatwa trasa.

Takie różne skałki.

Idzie włóczykijka 😁

Dużo powalonych drzew.

I piękny widoczek, z jednej z wychodni skalnych.
Mnie to sięod razu kojarzy jak z jakiejś baśniowej krainy, gdzie mieszkają smoki.
I przezwałem je sobie "Smocze skały" 😄

I taka porośnięta skałka.

W dole, na łąkach, pasą się owce.

Odbijamy na hrad!
Dość tłumnie odwiedzane miejsce, więc i od razu, na pierwszych trudnościach, sztuczne ułatwienia.

My na szczęście jesteśmy na tyle wcześnie, że nie ma prawie nikogo. No właśnie, prawie. Na bank na szczycie, spała jedna osoba, a o zakład idę, że dwie. Raczej nie wyszli tak wcześnie, żeby się tam znaleźć o tej godzinie.
Dalsze sztuczne ułatwienia.
Trochę kręcę nosem, bo... barierka?! Nie dało się zrobić to jakoś, bardziej w klimacie leśno-górskim. Linę jakąś rozwiesić?

No kłują w oczy te barierki.
Cóż zrobić, jak tam całe rodzinki chodzą, to i widać, barierki muszą być.

Ostatni drabineczka.

I jesteśmy na zamku!

Charakterystyczna szczelina/przejście.

Cio?! Tam?

Tak, trzeba się trochę wyspindrać i przecisnąć przez takowy otwór.

I wychodzimy na płaski szczyt, z pięknym widokiem


Niżej, jest taka osłonięta miejscówa. Oficjalnie jest zakaz biwakowania, no ale 😉

Chwila kryzysu? Eee, Kamcia jest HARDCOREM! Zniosła dzielnie wszystkie trudy. Niewyspanie, nie łatwą trasę z ciężkim plecakiem. Jestem z niej DUMNY!😘

Schodzimy coraz niżej.
A to co? Jakiś małpolud w czapce krasnala 😃

Eno, miało być w dół, a tu jeszcze jakieś strome podejście po gąszczu korzeni.

O, ale przynajmniej widoczek fajny.
Ta skalna iglica, to górny taras zamku, gdzie da się wyspindrać przez ciasny otwór.

Kolejną atrakcją jest Gotická brána 😍

Ciągle w dół... przerwa na sikundę. To foteczka w tył.

Lądujemy w dolince. Prawie jak alpejskie widoczki 😉

Widzicie te skalne ściany, to na wierzchołku tej w centrum zdjęcia, "spaliśmy" (no trudno nazwać to spaniem/snem 😉).

Na tych łąkach w dolince, to kryzys miałem ja. Jakoś ciężko zaczęło mi się iść. Dobrze, że po zejściu stromym zielonym, z ruin zamku, zjadłem batonika i mus z ryżem.

Czynne źródło, przed odbiciem na Šarkania diera.

Widać już tą smoczą jamę!

Jeszcze tylko drobinki.

I kolejne...

Ależ zdradliwe podłoże. Pył, z drobniutkim żwirkiem. Buty same jechały!

Ujęcie ze środka.

Wyjść było trudno. Bardzo zdradliwe podłoże. Ale zejść, to już... po naszemu określimy "MASAKRA!".
A na znaku, było "nabaźgrane" (myśleliśmy, że to akt wandalizmu, jakaś ksywa) "KALAMITA!", co znaczy, nieszczęście/klęska. I zostało to słowem wyjazdu.

To podejście/zejście pod jaskinię, chciało nas zabić. Czy może być gorzej.

Może... KALAMITA!😆
Tu, to był hardcorek. Stromo w górę, powalone drzewa. Ale odwrotu już nie było!

Kolejna skalna brama.

To ostatnie podejście, rozjuszyło mą górską partnerkę.
Że jak to tak, na koniec trasy, jeszcze tak stromo w górę w nie łatwym terenie!
Widać było wkurzenie, ale przez to, szła dalej i to szybciej 😆

Jedziemy na camping.
Po drodze, zahaczamy o pizzerię (jedyna w tej okolicy?). Całkiem niezła, fajne, cienkie ciasto i dobrze wypieczone brzeżki.

Uwaga! Płatność tylko gotówką!

Zdjęć żadnych nie ma bo...zaś KALAMITA! 
Nieprzyjemna akcja z kobietą, która na oczach Kamy, zwymiotowała prosto na stół. Eee, może chora, może się czymś przytruła? Mamy nadzieję, że nie tą pizzą 😉
Zdarzyć się może każdemu, ale facio, zamiast przeprosić załogę i poprosić o sprzątnięcie, to niedbale "to" wytarł z grubsza, pizzę zapakowali na wynos 😄 i zrobili szybką ewakuację.

Mimo wszystko pojedzeni, do tego siadła jeszcze Kofola. Lądujemy na campie.

Samochód + 2os. = 15E + 3E (taksa klimatyczna? Płatna gotówką).

Parkujemy nieco na wzniesieniu, blisko skałek.

Pole jest wielkie. Długo się ciągnie. Taka w sumie mekka wspinaczy.
Fajny klimat. Blisko skałki, rzeczka zaraz obok. Trochę gorzej z sanitariatami. Prysznice (męskie) są tylko dwa. Woda ciepła jest, ale na "klik/wcisk" i najpierw leci chłodna, potem letnia i na koniec ciepła. I pyk, przestaje, trzeba znów wcisnąć kurek i powtórka z temperaturą wody 😛

Punks not dead!

Klimat campu, taki trochę hipisowsko punkowy 😉
Ciekawa wersja boiska do kosza.
W końcu jesteśmy w górach, to i mamy góry przed koszem 😜 

Wspindru, wspindru.
Raz po raz, ktoś wyłazi z leśnej ścieżki, ze szpejem.

Odwiedziły nas kozy.


Ciooo? Psy?! Uciekamy.

I schroniły się wysoko na skale😳

Jest godzina 21. Życie obozowe rozkwita. Ogniska, grille, biesiada i muzyka pod zadaszeniem/sceną.
My jesteśmy padnięci i po prostu, zasypiamy.

Spało się całkiem dobrze. Raz tylko wycieczka na siuku i uchyliłem w nocy więcej szyby, co by nie parowało za bardzo (moskitierki ok, nic nie pożarło w nocy).

Wstajemy. Ale nie śpiesznie. Jakieś wschody słońca odpuszczam sobie. Trzeba się było wyspać, wszak, czeka mnie 240km za kółkiem.
Plan miałem na jakieś lżejsze górki. Jednak, Kama ma nieco zbetonowane nogi. Zresztą zaczyna grzać i będzie upał. Jedziemy zwiedzić Rajecké Teplice. 

Po dorodze - Poluvsianská skalná ihla.

Jakiegoś wielkiego efektu nie robi 😛
Jedziemy dalej i parkujemy na darmowym parkingu (przy głównej drodze), niedaleko basenów.
Tam spotykam kuzyna. Piżmo-niedzwiadka albo "kij wi co"😆
fot. Kama

Idziemy przez park, a tam... no szopka, dosłownie😮

Człapiemy dalej, przekraczamy kręte tory elektriczki i idziemy do centrum.

Centrum, to w sumie w 80%...kiczowaty hotel.
Tu jeszcze ładnie, zadbanie...

ale już te budyneczki. Dalej "złote" ogrodzenia.

Są tu źródła wody geotermalnej.

Mało kiczu, to złota karoca!
No jak hotel dla nowobogackich ruskich 😛


Sytuację ratuje przepiękny budynek 😍





Nawet rurę pomalowali i zrobili z niej "stworka" 😄 

Idziemy do restauracji na wodzie.

Wakacje pod palmami.

Jama jakiegoś skalnego trolla 😉

Jest i ona.

Też należy, do owego hotelu (jak i pobliskie korty), więc, troszkę kiczu musi być 😜
fot. Kama

Zamawiamy kawkę.

I wracamy do samochodu.

Eee, no ale już do domu?
A zamek, który widzieliśmy z oddali?
Mimo, że końcówka podejścia bardzo stroma, to jest ono (całe) na tyle krótkie, iż Kama dała się skusić.


Kóz nie było.
Może poszły na kebaba 😜



Pokaźny to był zamek!
Mini ekspozycję w wieży, można zwiedzać, za wolne datki. Wrzuciliśmy "drobniaki" i kupiliśmy magnesik 😁

Smoczy herb.


I na koniec jeszcze spora panoramka.

Mimo, że nie było łatwo, to kapitalny wyjazd.

Polecam te górki i skałki, bo naprawdę robią wrażenie.

Takie to z nas, świrki włóczykijki 😜 Teraz już wiem, że jak to nie pokonało Kamy, to zniesie w górach, prawie wszystko 😁 No może oprócz srogiej burzy 😉 O mrozie nie wspominam, bo w zimie nie chodzi i na zimowy biwak na pewno nie da się namówić 🙊



Kącik kulinarny


Składniki:

- Chorizo

- Cukinia, cebula szalotka, czosnek, papryka

- Mozarella

- Passata z ziołami, suszone pomidory w oleju

- Makaron

- Bazylia, oregano, słodka papryka


Chorizo obieram ze skóry, kroję w miarę cienkie plastry. Podsmażamy na patelni, dodajemy drobno pokrojoną cebulkę i czosnek. Jeszcze chwilę podsmażamy.
Teraz pokrojona cukinia i papryka. podduszamy trochę, jeszcze susone pomidory.
Przyprawioną passatę, wlewamy na patelnię i zostawiamy na prę minut. Niech sobie "bulka".
Ugotowany wcześniej makaron, mieszamy na patelni z naszym sosem i na talerz.
Możemy przystroić listkami bazylii.

Gotowe.

Smacznego i pozdrawiam.

wtorek, 23 lipca 2024

 


Tatry Słowackie.

Pieszy zgon, poprawka rowerem.

18.06/12.07.2024r.



Zatęskniłem za Tatrami.

Jakoś nie chodziło mi się ostatnio tragicznie, to... czemu nie.

Wymyśliłem ot coś takiego:

Pierwotny plan

Chciałem jeszcze po drodze, obadać pewną chatkę, w której można spać 🙊


Ambitnie, Zbyt ambitnie?!😏


Jadę. Nie wyjeżdżam zbyt wcześnie. Chciałem się wyspać. Co w sumie mi się nie udało. Słabo spałem tej nocy (za dużo rozmyślań o życiu 😉).


Na miejscu jestem dopiero 8:30. Zanim jeszcze znalazłem miejsce parkingowe, a szukałem, po januszowemu 😛 takiego za darmoszkę.

Bo porobili wszędzie płatny, z aplikacji mobilnej, gdzie, nie złapiesz tam internetu!

Zaparkowane, za wiatką.

Start!

W dolince tej, mają parę takich różnych, drewnianych "cudaków" 😃


Postanowiłem zmodyfikować trasę.
Czyli pójść odwrotnie! Zacząć, póki siły są i skwaru nie ma, trudniejszym podejściem, a i uznałem, żę lepiej to podchodzić, niż schodzić, z niepewną nogą.
Ło Jezusie Nazarejski!😲 Ciekawie się zaczyna.

Widoczek w tył, na dolinę a w oddali Nízke Tatry.

Raz po raz, jakieś stopnie skalne, czy z bali. Powalone drzewa.

Tu po prawej, trzeba się było przedzierać niemal na czworaka.

Ale im wyżej, tym widoczki piękniejsze 😍
W oddali Rohacze.

Wszelkie te przeszkody, na tak stromym podejściu, wraz z wysoką temperaturą, wykończyły mnie.
Czuję się coraz słabszy.

Coo?! Jakubina jeszcze tak w pizdu daleko! 🙈

Posilam się batonami i człapię dalej.
Piękny szlak.

Jednak, jest źle. Jestem gdzieś pod Ostredok_iem 2050m. Odcina mnie. Staram się odpocząć, zjeść ryż z kurczakiem, który sobie przygotowałem dnia poprzedniego. Pot zalewa mi twarz, a spływający z nim krem przeciw słoneczny, skutecznie dostaje się co chwilę do oczu i... piecze.
Czuje niepokój. Jestem wykończony, nie wyspany. Powiewa coraz mocniej i idą chmury. |Zbiera się na zmianę pogody/deszcz (eno, miała być później!).
Iść dalej, jeszcze 200m w pionie do Jakubiny i przed Niską Przełęczą skrócić "zielonym" i spieprzać na dół. Czy schodzić tą hardcorową wyrypą. Jak to mawiają: "Jakkolwiek uczynisz, źle postąpisz" 😆
Myślę sobie, w dół ujowo, przez te powalone drzewska i mega strome zejście. Przecież chciałem uniknąć schodzenia tamtędy 😂 W górę... jeszcze 200m, a ja czuję się, kiepsko. Jak dotarło do mnie, że nie mam jeszcze wykupionego Alpenverein 😱 to stwierdziłem, że z dwojga złego, lepiej się wycofaći powoli schodzić.

Chwilę posiedziałem i zawracam.
Ostatnie śniegi topnieją i spływają ze Štrbavý.


I wszelakie "niespodzianki" pokonywane w górę, teraz trzeba zrobić w dół 😛

Coraz niżej, a chmurki, coraz bardziej burzowe.

Jakoś to zlazłem, w ślimaczym tempie. Ale żyję.
Jestem już w dolinie.

Ahh, ale ulga!

Samochód jest. Nikt się nie przywalił, pokuty nie ma (tam nie ma zakazu - przynajmniej, widocznego 😉).

Z podkulonym ogonem, wracam do jamy.
Zostałem tam pokonany! Za szybko i za trudno, od razu te Tatry po artroskopii?!
Noga wytrzymała, o dziwo, kolanko nie bolało 😄
Gorzej z moim stanem psychicznym. "Nieco" się podłamałem. No nie ten Piżmok. Ale cóż zrobić. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym 😉 
Teraz, troszkę mniej narwanie, należy pracować nad kondycją.
Wypad skończył się tak:
Mapy.cz


No dobra, nie udało się pieszo, to może rowerem w Tatry! 😁

Zakupiłem nową górską maszynę Rose Ground Control 3.

Wyczaiłem ciekawą miejscówkę:
Bielovodská Dolina - jedna z nielicznych dolin tatrzańskich, gdzie można wjechać rowerem i to dość daleko. I wcale taka uklepana nie jest (do leśniczówki tak 😛). Zjazd, to fajna zabawa 😈

To siup rower do bagażnika i jadę!

Może zdążę przed upałami. A i nowy rower, nie za bardzo wiem czego się spodziewać (była tylko testowa jazda na Świętą Górę 😄). A i w tak trudnym terenie, nie jeździłem dawno.


Ląduję w Tatranská Javorina.

Wyczaiłem, iż na przeciwko ichniejszego urzędu, jest polanka. Parkowiso. Na zdjęciach google wyglądało, że, za darmoszkę.

Jednak, po przybyciu, no nie. Nie za darmoszkę 😡 8E za dzień. A od tego miejsca, aż do Łysej Polany, zrobili zakaz parkowania. Noo, pieniądz musi się zgadzać. Nie ma zostawiania aut na poboczach/w zatoczkach 😒

Płaczę i płącę.

Wyciągam rower i jadę przyfocić słynny kościołek.


Później odbijam na Poľovnícky zámoček Hohenlohe.
Ładniusi.

A to coś obok, nie jest ładniusie 😛

To jeszcze rowerek pozuje i jadymy dalej!

Nad Baiłką.



Źródło koło leśniczówki, czynne. Można dotankować.

Gdzie teścić fulla. No w lavinovy teren😁

Dalej...

Fajne mgiełki nad wodą 😃


Ładnie w tej dolinie. Robi wrażenie.

Postrzępione turnie.


A tu jakieś "brytfanki", przypięte do drzewa. Poszli się kąpać od potoku czy ki diabeł?

Śnieg! Choć jego widok, da może nieco odczucia chłodu w tym upale.


Dalej nie możne rowerem. Ale tą boczną dróżką, poza szlakiem, podprowadzam jeszcze rower, aby obczaić obozowisko.

Koniec. Dalej nie pojedziemy.
Táborisko na poľane pod Vysokou - kiedyś tam zanocuję, bo super miejscówka.

Obszerna wiata z miejscem na ognicho.

Sporo platform, do rozbicia namiotów.

Cel zaliczony, rekonesans zrobiony. To teraz w dół!

To była super frajda. Aczkolwiek, jeszcze nie czuję tego "czarnego diabła". Ale, ale, pełna amortyzacja na nie byle czym, "myk myk"(opuszczane siodełko) robi robotę i zabawa była przednia 😈



Kącik kulinarny

Bułeczki BAO z kurczakiem i warzywami.


Składniki:

- Bułeczki BAO (były w biedrze, można zrobić samemu 😉)

- Pierś z kurczaka - zmrożona, starta na tarce

- Wkład warzywny: Ogórek, cabula szalotka, czosnek, szczypior, sałata

- Sos... wszędzie polecają Hoisin. Ale w mojej wiosce brak. Zrobiliśmy swój, na bazie Tao Tao z Czosnkiem i miodem

- Orzechy nerkowca

- Płatki chili

P.s
Po remoncie, jeszcze nie dorobiliśmy się (już jest 😁) stołu i listw przypodłogowych. Więc zdjęcie na "zydelkach" własnej roboty 😎 


Bułeczki robimy na parze.

Podsmażamy cebulkę i czosnek. Dodajemy doprawione mięsko. Do tego sos i szczypior. Płatki chili.

Na osobnej patelni, podpiekamy orzeszki.

Marchewkę tniemy w dość cienkie słupki/paseczki. Ogórka w plastry.

Bułeczki BAO wykładamy liśćmi sałaty, ładujemy mięsny farsz z sosem, wraz z dodatkiem ogórków i marchewki. Posypujemy wyprażonymi orzechami nerkowca (polecam, mocno wyprażyć).


Pychotka! 😊

Smacznego i pozdrawiam.