wtorek, 24 stycznia 2023

 


Rumunia

2022




Wielkimi krokami zbliża się urlop.

Termin już zaklepany u Kamy w pracy. U mnie, też. Jak już wiemy kiedy, to teraz gdzie? 

Na samiusieńkim początku, coś tam myślałem o Dolomitach. Jednak ceny campingów, nie mówiąc o hostelach czy "hotelikach", są tak oderwane od rzeczywistości zwykłego zjadacza chleba i cebuli 😆, że ja pierdole.

No dobra, Dolomity odpuszczamy. To może, tak "trochę podobnie", w sumie, alpejsko czyli Alpy Julijskie - Słowenia. W tym Triglav! Który strasznie mnie męczy 😈

Już wstępne rozeznanie robię. A tu bach. Telefon od Reni z wawy. A, że ona, Magda i Bruno, dadzą radę wolne (tydzień) w naszym terminie i co powiem na Rumunię.

Zawsze to lepiej na dwa samochody/ekipy jechać. Nie jest tam drogo. Nie byłem, góry piękne. Ok, czemu nie 😃

Mianowano mnie kierownikiem wyprawy i miałem przedstawić plan, na tydzień. Góry i trochę zwiedzania. Plan ułożyłem, w tym z wyjściem na najwyższy szczyt Rumunii, czyli Moldoveanu 2544 m n.p.m. Da się to zrobić w jeden dzień, głęboko wjeżdżając samochodem w pewną dolinę 🙊 

Plan był tak napięty i ambitny, że sam się go przestraszyłem!

Od razu zaznaczyłem, że wszystko będziemy weryfikować na miejscu, ze względu na pogodę i nasze siły.

Tylko, coś rzuca buraczkowozem. Wylądował u mechanika. Zmienili tarcze hamulcowe (bo były drania na kierownicy przy hamowaniu) i amortyzatory. Fak, kocham nieprzewidziane wydatki przed urlopem 😠

Okazało się, że te żabojadzkie wozidła, mają taki wynalazek, co się zwie "belka" i to siadło. W Krynicy, ani okolicy nikt tego nie zrobi od ręki. Cóż, nie ma już czasu. Jedziemy z zepsutą belką 😆


Jazda, jazda, jazda! Na autostradzie, nawet nie telepie 😉

Krynica=>Borsa

Łee 580km i jakieś 8h. Nie ma co się śpieszyć. Wyjeżdżamy o 9 z Krynicy. No, cóż, "trochę" dłużej nam zeszło.

Kupujemy winietę słowacką, na 10 dni. Potem węgierską, też na 10 dni. No ale w Rumunii, musi być na 7 lub 14. No ja pier... my bierzemy na 14.

Prujemy po autostradach. Z małymi przerwami na siku czy podjadanie. Dopiero w Rumunii zatrzymujemy się aby zjeść coś pożywniejszego. Jaką treściwą ciorbę, czy po prostu pizzę.

Jedziem sobie i telefon od Renaty.
Tu po drodze jest 'Wesoły cmentarz", zatrzymujemy się.

Nie brałem go pod uwagę, bo jakoś pierwotnie, nie był po drodze. Nie wiem czy google zmieniło trasę, czy jak, ale po drodze się znalazł. No to czemu nie!

Charakterystyczne, wielkie, zdobione bramy.

Wprowadzili "już" opłaty za wejście, a okoliczne uliczki, przypominają Krupówki (z tymi straganikami z badziewiem). Ale i tak warto zobaczyć.

Po drodze, Renia, mistrzyni bookinga, wyczaiła, że dla tylu osób, opłaca się wynająć "apartamet". Tym bardziej, że pogoda, ma być, taka se 😉 Na miejscu lądujemy po 21!

Bierzemy na jedną noc.
A z rana, atak na Pietrosul Rodnei 2303m - najwyższy szczyt Gór Rodniańskich.

Cóż za piękny kościółek.

Akurat odprawiany był obrzęd.

Idziemy dalej, a za nami, człapie pies. Uparciuch. Liczy na coś do jedzenia. Drogę zna dobrze. Trochę on prowadzi (czekając na nas), trochę my.

Pierwsze szersze widoczki.

Stacja meteo - Salvamont.

W dolince.

To podejście, prawie mnie zabiło.
Gdzieś tam na końcu peletonu, szedłem własnym tempem. Oj cienko ze mną.

Widać już szczyt. Niby tak blisko, a jednak, jeszcze "trochę".

Docieram. Pietrosul Rodnei 2303m n.p.m. - zdobyty!

Cała ekipa.


I cyk panoramka!

W kamiennym schronie, "syf, kiła i mogiła" 😷 Raczej niezdatny do noclegu.

Schodzimy. Chmury nas atakują. Oby wytrzymało z deszczem.

I nie wytrzymało 😛
Ale na szczęście, więcej postraszyło, niż życia uprzykrzyło.

Schodząc, tak nam jakoś skiełzło. Kama wypruła do przodu. Idziemy i idziemy z Renatą, mówię  "te, nie pamiętam tego miejsca". No ale nic, idziemy. Wtem telefon od Kamy. 
- Gdzie jesteście? Bo ja idę jakąś drogą, ale nie ma oznaczeń szlaku!
Chwilę musiałem się podrapać po głowie. Spojrzeć na GPS-a.

Słabo oznaczony jest ten prawilny szlak prowadzący do parkowiska, samochodu. A ta, niby bardziej właściwa droga, prowadzi pod owy kościółek z początku zwiedzania (jak się potem okazało).

No cóż. Nie odchodzimy grupie, tym bardziej, bez gps-a (zainstalowanych map), gdzie zasięg telefonu może być różny, w nieznanym terenie! Ja poszedłem za Kamą, a reszta została skierowana prawidłowo do samochodu.

Tego dnia, wykonaliśmy minimum planu, schodząc tym samym. Te moje założenia, jednak były zbyt ambitne.

Jedziemy na kolejny bookingowy nocleg. I dobrze, bo o ile, my, jakoś dali byśy radę w naszym buraczkowozie, tak reszta pod namiotami, gdzie wieczorem padało... raczej tak średnio by było. A o ile milej siąść przy stole w salonie/kuchni i razem wypić piwko, wino, czy coś tam mocniejszego 😋

Mieliśmy jeszcze, podziałać coś górsko na północy, ale pogoda, kondycja i tak ogólnie, no zweryfikowały naszą działalność.


Po drodze zwiedzamy Sighișoara.

Dom rodzinny Draculi.

Wspindramy się na wieżę.
Po drodze, takie artystyczne ujęcie.

Ciekawa ta zabudowa.

Rynek.

Musieliśmy coś zjeść. Po taniości, a tradycyjnie, czyli langosz z szyneczką i sosem czosnkowym (no a jak, przeciw wampirom! 😆).

Dalsze zwiedzanie...

Ooo, jaka zajebista kawiarenka w klimatycznym podwórzu.
Zasiadamy na kawkę.

Zachwycające uliczki.

Brama miejska.

I słynne schody.

Jest klimacik.

Wszędzie jakieś kawiarnie czy mini restauracje i bary.

Naprawdę polecam odwiedzić.

Kolejnym ciekawym miastem jest Sibu.

Legendarny most dla pieszych znajdujący się w centrum Sibiu w Transylwanii w środkowej Rumunii. Z mostem wiąże się wiele legend związanych z jego nazwą. Jest to pierwszy żeliwny most zbudowany w Rumunii.

Catedrala Evanghelică "Sfânta Maria".

Na skraju rynku.





Słońce powoli zachodzi. Robi się coraz klimatyczniej, aby gdzieś na chwilę zasiąść.

Różne restauracyjki, pochowane po zakamarkach 😍


Robi się późno. Jedziemy na Drăguș, gdzie mamy kolejny tani, bookingowy nocleg.
Mieliśmy nieco trudności, aby odnaleźć właściwy budynek. Ale w końcu się udało.

Witamy się jednym z obecnych rezydentów (ten łysy).
Ten, widząc strudzonych podróżników, częstuje nas winem domowej roboty, ahhh. 
fot. Kama

Winko. winkiem (notabene bardzo dobre), ale głównym trunkiem tego wyjazdu jest piwko Ursus 😁
fot. Magda

Pierwotny paln i tak już w łeb wziął. W dodatku, dowiadujemy się, iż jutro muszą wracać, aby w terminie, porozjeżdżali się do domów. Co już? Jak? To nie mogli tego wcześniej obmyśleć? Myślałem, że dłużej będziemy razem. Jakoś dziwnie to wyszło.
No nic. Godzę się z tym, że Moldoveanu nie zdobędziemy. Zresztą, wjazd, 40km doliną do jej podnóży, z walniętą belką. Hmm, Kama mogła by tego nie przeżyć. Ja mam twardą dupę 😄

To co?
Na pewno Droga Transfogaraska. Renata wspomina coś o szczycie Negoiu 2535 m - drugi co do wysokości.
Bardzo kuszący cel. Jednak, nie wszyscy czują się dobrze na eksponowanych odcinkach z łańcuchami. Stwierdzam, iż nie ma co się rozdzielać. Zróbmy coś łatwiejszego razem.
Wdrażam plan "B", a raczej jest to już "C", wymyślony na poczekaniu.

Zaczynamy słynną drogę.
Nawet pies z zachwytem na nią patrzy.

Piknie!😍
fot. Kama

Robi wrażenie, nawet, po paru dolomickich podjazdach, na których byłem.
fot. Kama


Buraczkowóz, pozuje i dzielnie daje rady!

A cóż to za machiny z byłej epoki?!

Hłe, hłe.
A ja się bałem, że mój "nowoczesny" peugot nie da rady. A tu takie machiny.

Coś a'la czeski "złombol".
Mają fantazję 😆



Dobra, koniec tego klimatu motoryzacyjnego. Trzeba w górę!

Przyszły pasterskie psiaki, sprawdzić kto to. Ten jeden, uszka nie ma 😞
Ale spokojne, nawet nie zaszczekały.

Może dlatego, że owce daleko w dole.

Pięknie tu, a zbierające się chmury, przepuszczające światło tu i tam, nadają jeszcze klimatu!

Jest i pierwszy szczycik.

Tamten szpiczasty szczyt daleko w oddali to Negoiu 2535m - ahh, narobiła nam smaka ta Renata 😛

Spieprzaj z tym aparatem! 😉

I panorama w kierunku, w którym zmierzamy.

Chmury wkraczają w doliny.

Jest i troll górski 😉
fot. Kama

Uważaj, co byś na dupiarze nie zjechała 😆

Więcej owieczków i jeziorków 😉

I taką przepiękną granią sobie idziemy.


I Droga Transfogaraska od drugiej strony.

I od strony, którą przyjechaliśmy.

Człapu, człapu dalej i kolejny szczyt.

Ojj, ojj.
A ta góra tam fajna. Idziemy? Idziemy.
To Vânătoarea lui Buteanu 2507 m.

Lecę bo chcę... 

Okrążamy jezioro Capra.

O łańcuchy, tego się nie podziewałem. Na mapy,cz nic nie zaznaczone.
Moja alpinistka! 😘

"Człowiek we mgle".

Jak foczka pozuje 😉 i mistrzyni drugiego planu 😝

Jeszcze taka panoramka ze szczytu.

I ujęcie, w stronę owej słynnej drogi.

Schodzimy. I te góry, to miejsce, kogoś zabrało 😪

Tam z tej przełęczy powyżej, zeszliśmy. Tu nieco (ale tylko tyci 😉) żałowałem, że nie miałem mych "butów krasnoluda".

Docieramy nad jezioro.

A cio to?
Wstęp 5lei. A niech będzie

Jest luneta i parę rekwizytów.
Ale najlepszy jest misiek! I misica 😆

Zasiadamy w knajpce, na zewnątrz, coś przekąsić na szybko i wypić browarka. Tzn, kto może, ten może 😭
A co tam nad jeziorkiem. Ooo, młoda para przyszła na sesję. Noo zoomik (ekwiwalent 280mm się przydaje).

Pojedzeni i napici, wracamy ponownie na to samo noclegowisko.

No ale jak to, Rumunia bez miśków?!
No były!
Szkoda ich, bo mały uczy się, że człowiek to jedzenie. Może się to skończyć na odłowieniu i "przeprowadzce", albo w drastycznym scenariuszu, odstrzale 😔

Tu też ciekawa akcja.
Stoimy, przed nami dwa samochody do misków. Z prawej, poboczem mija nas rowerzysta, który jeszcze nie wie, dla czego jest korek. Jak spostrzegł niedźwiedzie, to po hamulcach. Aż dęba staną! 😆
Wycofał się i skitrał za naszym samochodem.
Trochę zgłupieliśmy, wpuścić go do środka, czy jak?
Samochody ruszyły, a on, trzymając się relingu, jechał osłonięty samochodem. Dziękując potem za "usługę" hehe.

Po naradzie, wracamy na sprawdzony nocleg do Drăguș. Szkoda, ze zjeżdżamy tym samym, a nie na drugą stronę 😌

Tutaj rano, rozdzielamy się. Renata, Magda i Bruno, wracają już powoli do Polski.

My jedziemy dalej, nad Morze Czarne! Jak to wakacje bez morza! Kama uwielbia, ja... może jak bym umiał pływać, a tak to tylko po warszawsku, dupą po piasku 😜 W czym się utwierdziłem, będąc na miejscu i bawiąc się w "walkę z falami". 

Po drodze zahaczamy o Brasov.

Zaczynamy zwiedzanie.

Najwęższa ulica w miasteczku.




Ok, zmykamy, jeszcze trochę drogi przed nami.
Nad samo Morze Czarne. Męczy ta jazda. Ktoś tu musi zrobić prawko!

Wyszukuję camping. Blisko morza i nie drogi.
Zajeżdżamy
-Samochód, dwie osoby, bez namiotu. Śpimy w środku. 
Trochę dziwnie patrzą, myślą i 66lei.
Bieremy! 

Nasze legowisko. Czyż nie romantycznie 😘 hehe.

Jak, iż po przyjeździe, tego morza nie zobaczyliśmy za bardzo 😂 No Czarne, bo po ciemku nic nie było widać. Zaproponowałem wschód słońca. I mój śpioszek, co było dla mnie zaskoczeniem, stwierdził:
-Wschodu słońca nad Morzem Czarnym, nie odpuszczę!
I wstała 😁

Idziemy.

A tam na plaży, jakieś ognisko. Albo już biesiadują, albo jeszcze 😉

Kamcia czeka.

Jest i ono. I te smugi światła nad chmurami 😀

Zoomik ze stateczkiem.

I z ptaszkami.

Naoglądali się, to wracamy na śniadanie.

Ja się porwałem (na co Kama patrzyła z obrzydzeniem), taką szyneczkę dojżewającą.
Do tego oliwki i serek pleśniowy.

Idziemy na plażę.
Są bunkry i morze, więc musi być podwójnie zajebiście 😉


Rozkładamy ręczniki. Tu się rozbijamy.
Ten piasek, to tak po prawdzie nie piasek, a taki drobniutki "żwirek" głównie(?) z potłuczonych muszelek.

Kama pływa, a ja, bawię się w walkę z falami. Jak idzie duża, to na nią skaczę i pcha mnie ku brzegu. Ojj, parę razy, nieźle mnie sponiewierało i przeszurało po dnie 😂  (czyli pływanie "po warszawsku" w wersji hardcore 😆).

Trochę na plażę, do słonka, trochę znów walki z falami. A nie małe były!
 Duży plus, nikt tu nie ściga, jak się pije piwko na plaży. Full legal, oficjal 😁

Wracamy. Na camping.
Po drodze, zatrzymujemy się w takim klimatycznym miejscu.


Puszczana kapitalna muzyka, do tego Ursusiki 0,33l... jak w raju! 😍

Chwilę odpoczynku na campie. Potem idziemy do sklepu i obczaić dalsze plaże.
A na wieczór, spokojny spacer.

I romantyczna kolacja.
Krewetki nad morzem 😊 (no ileż można jeść konserwy! 😉).

Czas wracać 😔
Zasrana belka w żabojadzkich pojazdach!
Buraczkowóz trochę się zmęczył i siadł na dupie (dosłownie) 😛
W ostrych zakrętach trze, więc te pokonujemy łagodnie, ale na autostradzie jedzie się ok.

Kolejnym celem już na powrocie, jest zamek w Hunedoarze.

Jak z bajki!


W środku skromnie, ale ta surowość, też robi wrażenie.





Po zwiedzaniu, robi się już późno. Wypadało by jakiś nocleg znaleźć. Z polami campingowymi słabo, z bookingiem też cienko w tej okolicy. Już nawet przechodziła przez głowę myśl, aby zatrzymać się gdzieś na dziko nad rzeką. Byle by było gdzie dupiary umyć 😉

Grzebię jeszcze po mapach google i znajduję.

Zajeżdżamy, ale wszystko pozamykane, żadnej reklamy. Jakieś psy szczekają.
Gdzieś z oddali rozbrzmiewa głośna muzyka, a na przeciwko, kobieta prowadzi, ledwo ciepłego, prawdopodobnie, męża. Ooo, festyn mają 😆
Podjeżdżamy jeszcze do centrum tej wioski. Aby dopytać. I tu, prze miły tubylec, twierdzi, że tam jest camping. A ja mu na to, że wszystko pozamykane i żadnej tabliczki, nic.
A to on nam pokaże i każe jechać za sobą.
Podjeżdża i wali do tej metalowej bramy. Po jakimś czasie, wychodzi właściciel. A nasz "przewodnik" tłumaczy mu, że ma chętnych na nocleg. Owy gospodarz, chyba też był po spożyciu, ale raczej umiarkowanym hehe. Ustalamy cenę, czyli 60zł (za dwoje i samochód), super! Zamyka psy i wjeżdżamy. Okazuje się, że jesteśmy sami. I to pole campingowe to u niego w ogrodzie.
Jest aneks kuchenny, prysznic i toaleta w "suterenach" klimatycznego, starego domu.
Ale, to nas rozłożyło. Oprowadza i mówi, że jak chcemy skorzystać z basenu, to do woli, w cenie noclegu!
Ojj, po tym smażeniu się w aucie przy 36C i braku klimy 😂 taki basen jest wybawieniem. Jesteśmy wniebowzięci.
Wskakujemy do niego i taplamy się i gramy w "siatkówkę wodną" 😉

Gospodarz, prze miły człowiek. Dobrze mówi po angielsku, lepiej niż my 😝
Przyszedł nawet zagadać i obczaić, tego naszego kampera 😂

Rano, jestem już nieco bardziej zaniepokojony stanem belki. No ale nie trze... na prostym, więc, chyba wrócimy.
Dłuży się ta droga, monotonna, autostradami. Mam mały kryzys, ale chwilka odpoczynku i kawa, coś tam pomogło.

Już w Krynicy, na parkingu.
Zrobiliśmy przez ten tydzień, nieco ponad 3000km!

Obiecałem, że ucałuję lewka, jak nas dowiezie.
To całuję 😁

fot. Kama



Kącik kulinarny


A cóż takiego tradycyjnego z Rumunii jest.

A jest, mamałyga!

A cio to. Babcia gadała, "aleś mamałygę zrobił".


Tak po krótce, to jest kasza kukurydziana, gotowana na mleku z wodą i do tego, bryndza (nie koniecznie), a już całkiem na bogato, to jeszcze ze śmietaną. Ot i też jadło pasterzy.


Składniki:

- Kaszka kukurydziana

- Mleko, woda.

- Masło i bryndza

- Koperek - jako dodatek na wygląd 😉


Przepisów jest wiele. Każdy różni się proporcjami mleka i wody.
Ja tam dodałem więcej mleka i dość dużo bryndzy. No tak bardziej "na bogato" 😜

Powiem tak, nie zostanę smakoszem mamałygi (choć, takiej zrobionej w Rumunii nie jadłem). Aczkolwiek, jako dodatek, a miałem schab w porach, pasowało świetnie!


Smacznego i pozdrawiam!

czwartek, 12 stycznia 2023

 


Krakova hoľa 1752 m

07.01.2023r



Ahoj Słowacjo!

Wybrał by się gdzieś. Ale gdzie? Hmm... może Kráľova hoľa 1946 m?

Taki to niby ze mnie włóczykij słowacki, a na drugiej "narodowej" górze Słowaków, nigdy nie byłem. Wstyd!

Plan opracowałem.

Jednak, zgadałem się z wielkim Maćkiem, tzn Tyczką czy tam Hiczkokiem. Jak zwał tak zawał 😉

Jakoś dawno nigdzie nie byliśmy, a wygadał się, że ma zamiar jechać na Chopok na skitury.

Hmm... 😏 Taniej będzie, paliwo na pół. On prowadzi, to i się piwka napiję 😆

Dobra, Kráľova nie ucieknie. Jadę z nim!

No ale, tak, na Chopok nie chce mi się iść. Byłem już parę razy. Myślę aby przyatakować Ďumbier (najwyższy szczyt w Nízke Tatry). Ale, lawinowa dwójka. Straszą oblodzeniami. Raki są, ale, gdzie ja na szybko pożyczę czekan (jeszcze nie kupiłem 😛 ). Czekan był by załatwiony, ale w między czasie, stwierdziłem, że pójdę niżej. Miała być Kráľova hoľa a będzie Krakova hoľa.
Tzn chciałem iść na przeciwległe pasmo czyli między innymi Zákľuky, no ale tam się pojawił zakaz (na mapy.cz, choć na stronie Horská záchranná služba, nie doczytałem się o tym zamknięciu.

Ok pójdę na tą Krakovą. Na uboczu, przez fajne skałki. Nie byłem... eee.


Pobudka o 4, wyjeżdżamy o 5.

Maćko wyrzuca mnie przy Demänovská jaskyňa Slobody.

Idę!

Eee, chyba już tu byłem. Może mi się zdaje.


Podejście tysiąca i jednej agrafki.


Pogoda, mocno taka se. Duża wilgotność, nawet coś kropiło. Z drzew kapie.
Ale, coś gdzieś tam widać.

Trochę słońca, trochę chmur.


No ten trawers jest srogi. Hmm, coś mi świta, musiałem tu być! Ale może jednak nie.

Te chmury i próbujące się przebijać słońce. Fajowe warunki do focenia.


Ohh! I Tatry się odsłoniły 😁

Dobrze, że choć trochę przetarte.

Jest i narodowa góra Słowaków. Krywań!

Człapu dalej.
Coraz bardziej zimowo.

A tam na tych szczytach, to już 😱

Oho, zaczyna się!
Coraz więcej ciężkiego śniegu na kosówie, która kładzie się na szlak i skutecznie utrudnia przejście.

Jest i mój cel!
A ufo na niebie, to śnieżne "paprochy" na obiektywie, od przedzierania się przez ową kosówę.

No nie! No kurwa NIE!
Tak tu jest szlak. Walenie kijami, nie za bardzo daje efekt. Siedzi mocno. Trzeba się przedzierać, a to mokrawe. Ja co ja zrobiłem. Nie zabrałem kurtki z membraną, bo miało nie wiać i nie padać. A i tak miałem już ciężki plecak. 1,5l izotonika (no dwa oshee wlałem w bukłaka), a jeszcze herbaty do termosu 1L. Raczki, raki, odzienie i żarcie (kasza gryczana z pestkami dyni, tuńczykiem i suszonymi pomidorami).
Ubrałem bluzę polarową, założyłem kaptur, co by się nie sypało za kołnierz i jak jakiś golum, idę, przedzierając się.

Nie powiem, miałem tam chwilę zwątpienia i myśli, czy by nie zawrócić.
Na szczęście, tej pieprzonej kosówki, nie było na tyle dużo, co by mnie pokonała.

Jest i szczyt. No tak, teraz już jestem pewien, że tu byłem w lecie z "dziadkami". Ale gamoń ze mnie 😂


Widoczki ze szczytu.
Na "północ".

Na "południe" z Chopokiem w chmurach.

Nie rozsiadam się na długo.
Zjadam połowę jedzonka co upichciłem. Popijam dwoma kubkami herbaty z imbirem i uciekam na dół.
Hiczkokowi podałem, letni czas przejścia. I mam sporo opóźnienie.

Przy zejściu, na południową stronę, ta zasrana kosówka, jest już z tak mokrym śniegiem, że... mam już wszystko mokre (oprócz skarpet, buty wytrzymały), łącznie z majtami 😛

Jest Sedlo Javorie.

I tak artystycznie z przylodzonymi drzewami, z Chopokiem w tle. 

I ów Chopok, gdzie grasuje Maciek.

Śpieszno schodzę w dół. Po drodze mijam tylko jedną parę. Starsze małżeństwo.
Tam z góry zejście.

Widok... żebym nie skłmał, na Stodôlky (ale nie jestem pewien).

Tęczowy paralotniarz.

Tam na górze, inny świat!

Morsowanie?
Prawie że. Trzeba się przebrać z tych mokrych ciuchów (przynajmniej górę) i założyć puchówkę.

Chwila przerwy. Łyk herbaty i do stacji Lúčky, gdzie ugadałem się z mym kamratem.

Wpadam do okrąglaka pod stokiem.
Proszę o piwko. Nawet nie zdążyłem powiedzieć, że duże, ale widać, nie ma dużych. Leją wszystko do małych plastikowych kubeczków (jest tam w ogóle 0,33?). Płacę i... 2,9E!

Eee. Dobrze, że zgraliśmy się idealnie z Maćkiem, który właśnie zjechał. Przebrał się, wpadł po mnie i uciekamy z tego miejsca. Nie dziwię się, że Słowacy przyjeżdżają do nas 😛 

Parę ujęć po drodze. A i pretekst był, co by piwko dokupić 😁



Takimi to widokami, żegnamy Słowację.

Wypad fajowy. Mimo, że byłem na tej górze (ale mam dziury w mózgu), to fajnie było zrobić to w zimie. A walka z kosówką, warta była tych paru zdjęć 😁



Kącik kulinarny.


Tortilla z łososiem.


Składniki:

- Warps ze szpinakiem

- Łosoś

- Serek pleśniowy z ziołami

- Rukola

- Pomidor malinowy

- Śmietana, majonez i czosnek - na sos



Filozofii wielkiej nie ma.
"Placki" podgrzewamy na patelni.
Łososia targamy widelcem. Resztę kroimy i pakujemy na środek tortilli, polewając sosem czosnkowym własnej produkcji i zawijamy.

Palce lizać!

Smacznego i pozdrawiam.