środa, 23 grudnia 2020

 


Świnica 2302m n.p.m

zimą.

19.12.2020r


W poprzedni weekend, znajomi, w tym Baścik, "przy atakowali" Kościelec.
Nie byłem zdecydowany na wyjazd. Brak raków (kazało się, że "zbędne" :p ) a i jeszcze do "księdza" na urodziny wypadało iść, wieczorkiem :D a i z Dziubaskiem w niedzielę chciałem "po obcować" ;)

Trochę mi żal było, nie tyle wyjazdu, co odmówienia Baścikowi, z którym to nie widziałem się kupę czasu.

No nic, co się odwlecze to nie uciecze.  I jakież było me zaskoczenie, jak tydzień później dzwoni, że znów jest i czy jadę. No tym razem, się nie wykręcę ;)

Oczywiście, że jadę! :D

A gdzie?
Plany różnorakie, coś burczał o Rysach(!). Coś o Świnicy i cosik o zachodnich. Po konsultacjach, stanęło na Świnicy.


Wyjazd o 4. Więc pobudka 3:30. Ledwo się wyrobiłem :p


W wozidło i palimy motorek.

Na miejscu, jesteśmy jakoś 6:30.


Co by tu zabrać?


Ruszamy, wszystko śpi!

Pierwszy wagonik, z obsługą, na Kasprowy.

Co za "Czereśnioki"!
fot. Adrian

Człapiemy dalej...

Babia Góra.

Słonko jest coraz wyżej. Oświetla coraz więcej szczytów.

W promieniach wschodzącego słońca, od lewej, Kondracka Kopa, Giewont i Diablak :D

Piknie!
fot. Adrian
(montaż+obróbka Piżmok)

Człapu człapu. Mijają nas siakieś dzikie dziki (biegacze narciarscy na treningu, na lekko, w adidaskach, z lekkimi kijeczkami. 1h10min na Kasprowy!).

Docieramy na Kasprowy.
Rzucam tekstem, iż "późny ten wschód słońca" ;)
Jakiś fotograf, robi sobie podśmiechujki, że możemy zaczekać na zachód :p
A nie mówiłem jechać wcześniej hehe ;)

Fajne światło...

Jest pięknie!

To największe, to Świnica.

Am, am, drugie śniadanie (co by nie odcięło ;) ), bo pierwsze o 3:30 było marne :p

He?! O co tu chodzi?!
Jak się później okazało...
https://tatromaniak.pl/aktualnosci/komandos-z-estonii-na-kasprowym-wierchu-chodzi-i-zostawia-na-szlaku-dziwne-przedmioty/

Jeszcze jedno ujęcie i pa pa Kasprowy.

Ale fajnie koziczka pozowała pod słońce.
Hmm, jakiś filtr polaryzacyjny by się przydał, ale nie założę do mojego bezlustra :(

Czy to jest "osty cień mgły"?

Idziemy w kierunku Świnicy.
Ujęcie w tył.
fot. Adrian

Baścik pozuje.

I panoramka z tego miejsca.

Upss, kawał góry.
Idziemy, zobaczymy, jaki będzie warun.

Łee, w rączki zimno.
fot. Adrian

Łeee, batonik zamarzł.
fot. Adrian

Dość marudzenia. Idziemy!

Nioo, nioo...
fot. Adrian

Ja tam człapię w raczkach.
A Ci, dopiero tutaj zdecydowali się założyć raki.

No trochę z tym zabawy :p

Ot takie jedyne miejsce, gdzie jest "przepaść".

Potem łot taki, "przesmyk".

Bartek pozuje.

Kolejne pozy Adriana.

Upss, kolejki na łańcuchach, łeee.
fot. Adrian

Zielony polar (no dobra, to chyba seledyn ;) ), to zielone światło. Można w górę.
fot. Adrian

Ja cały czas w raczkach, a Ci, ściągają.

I ostatnie łańcuszki przed szczytem.

Jest w pytkę!
fot. Adrian

Biwak na szczycie.

Akuku.

Ahhh, należy się chwila wytchnienia.

Panoramka ze szczytu.

Hłe, hłe, jaki ten Kościelec malutki stąd :p

A mnie wyposażyli w czekan do "działania w ścianie" z młotkiem. Lepszy taki, niż żaden, ale nie użyłem ani raz, nawet nie odpiąłem od plecaka :p Warunki dość łatwe i w zupełności w samych raczkach było ok.

Schodzimy.
Myślałem, że tylko ja mogę narzekać! Ale co się na marudzili przy zejściu. Że to nie warunki na raki, że się niszczą, że to, że tamto, że ściągać, że ubierać hahaha. 

A ja sobie cały czas idę w raczkach, jest mi dobrze i się śmieję, see see.

Tee, gdzie tam lipisz! :p

Om niom, niom, trzecie śniadanie. Darowany kabanosik, całkiem smaczny :D

Tam my byli.
I co cię cieszysz "czereśniaku" :p
fot. Adrian

Mieliśmy schodzić czarnym ze Świnickiej Przełęczy, lub przez Liliowe zielonym do Murowańca, ale naszło ich na dalsze wojaże, w kierunku Kondrackiej Kopy.

Co?! Daleko, nóżki mnie będą bolały, picia mam mało, jedzenia mało!
fot. Adrian

No cóż, zostałem przegłosowany ;)
Dalej... jakaś koziczka. Daleko.

Druga lepiej pozuje :D

Ryje raciczkami i szuka jedzonka.

Pędzim...

I w tył, jeszcze ostatnie spojrzenie na Świnicę. Nawet z tej odległości, robi wrażenie.
fot. Adrian

Słonko nieźle daje. Tym razem nie zapomniałem pomadki :D
Ale... zgubiłem okularki. Wszystko wina Bartka. Jeszcze nie chciał się wrócić i ich poszukać. Dogonił by nas. Łot taka świnia, co idzie na Świnicę :p

Takie tam...

Uff, już niedaleko przełęczy i na dół!

Taa, ja wam dam Kondracką Kopę. Nie!
Tzn, przeszedł bym to, ale, zaczął boleć mnie kulas (ostatnio w Tatrach dostał za bardzo wyćwikę i nie doszedł do siebie). Kończyło mi się picie (pany, tak diametralnie nie zmienia się planów, bo ja muszę dużo pić, bo pocę się jak świnka!) i foch i nie! :p
Niech wam będzie, jestem "miękiszonem".

Giewont w ostatnich promieniach słońca.

Idą sobie Kondracką.

Fota w tył.
I ten trawers z przełęczy, ojj, biedna moja boląca nóżka ;)

Tak drastycznie spadł mi poziom alkoholu we krwi, że musiałem strzelić "grzane" na schronie.
12zł (przez okienko), takie se to piwo, ale postawiło mnie na nogi :D

I w Kuźnicach, już po ćmoku.

Chcieli mnie zabić. Ale jakoś dałem radę ;)
Trasa:
https://en.mapy.cz/s/katulateca



Kącik kulinarny.

Pojawiła się nowa wersja Bryndzy Sądeckiej
Ta ma 50% mleka owczego! I ja, górol niskopienny, rzeczę wam, iż to czuć!

Papryka zapiekana z nadzieniem.


Składniki:

- Papryka
- Bryndza sądecka
- Natural Mix (kasza jaglana, suszona cukinia, suszona papryka czerwna, suszona cebula).



Kaszę gotujemy kilka minut, potem mieszamy z serem i nadziewamy papryczki.
Do piekarnika i...
gotowe!



Smacznego i pozdrawiam.





piątek, 11 grudnia 2020

 


Tatry Zachodnie

Kobylarzowy Żleb + Małołączniak

02.12.2020r.


Naszło mnie, na Tatry. Sępię wolny dzień i jazda!

 Ba, trasa 8-9h (zależy komu ufać, mapy.cz, czy ;) googlowe "szlaki turystyczne"). No ale w Tatrach zrobiła się zima. Może nie na całego, ale jednak.

Nieważne, wyjadę dość wcześnie. Idę sam, sam będę sobie narzucał tempo i kontrolował czas.


Dlaczego, ten jebany* sierściuch, zawsze mi przeszkadza, jak planuję trasę!

*No dobra, trochę go lubię :p

Wstaję 5:00.
Mam zamiar wyruszyć 5:30. Skiełzło mi poranne ogarniecie + skrobanie szyb. Ruszam dopiero 5:46.
Jeszcze z ponad pól godziny wlokę się w mini korku za dżwigiem. Jednak "biała strzała południa" po mocnej redukcji, dała radę, w końcu, wyprzedzić ten "pojazd".

Docieram na miejsce. Na mapach od wujka google ;) obczajałem wcześniej, gdzie by tu można było zaparkować. Trochę bida...

Zajeżdżam pod sklep i pytam, czy można zostawić. Nie bo towar, takie tam, a gdzie można w okolicy, może w tą uliczkę w dół. 
Nie, jedź pan na Kiry, tam są parking.
No chyba ich cycki pieką. Jeszcze to 20zł za parking bym ścierpiał, ale parę kilometrów butowania, aby wejść na szlak gdzie chcę i jeszcze potem na powrocie, te parę kilometrów. A taki chuj jak słonia nos! (Pewnie te parkingi, to rodzinne interesy :p ).

A 400m wyżej taka ładna zatoczka. Gdzie zaparkowałem mego białego rumaka :D

Człapiem.
Pierwsze zimowe cośie, jak słonce jest jeszcze nie za wysoko.

Nioo nioo, coraz lepiej!

Docieram na Przysłop Miętusi.
Słonko jeszcze nie wylazło zza szczytów. Jest zimno!

Trochę dalej, co nieco widać, że już oświetlone. Biedne drzewa :(

Ogień w górę!
Takie tam ujęcie.

Coraz więcej skał.

Jakieś ostrzeżenia o spadających skałach. Ponoć tam, jest, czasami, nie fajnie ;)
Człapię dalej.


I tam, w ten przesmyk, mam wejść.
Znów ostrzeżenia o spadających kamieniach.

Robi się stromo i ślisko.
Zakładam raczki, z widokiem na Pislko i Babią Górę.

Ooo, łańcuchy!
A to przecie niby takie tam podejście na "Czerwone Wierchy".

Kobylarzowy Żleb. 
Powiem tak. Nie chciał bym tam być przy którymś stopniu lawinowym :p


Pełznę dalej.
Ale kurwa piździ! Straszny przeciąg!
Mimo, że zawsze gotuję (się) na podejściach, to tutaj w grubej termo koszulinie (oczywiście z długim rękawem), i w polarze, jest mi zimno. Przewiewa mnie!
Musiałem się zatrzymać i ubrać puchówkę!

Doganiam parkę.
Słyszę tylko:
"Czemu mi nie powiedziałeś!".
Nie za bardzo wiem, o co chodziło, ale co by to nie było... biedny chłopak :P

Po wyjściu na otwartą przestrzeń, wiatr chce się ciebie pozbyć. Jakby, było się intruzem w tym środowisku i za wszelką cenę z tobą walczył!

Zdjęcie z "przykucka" ;)
Te tysiące drobinek śniegu i lodu, robią skuteczny pilling :D
Dobrze, że mam okular!

Wychodzę wyżej i... gdzie jest szlak?!
Łojj, mocarny wiatr, słońce prosto w oczy. Każde ściągnięcie rękawiczki i skorzystanie z GPS_a, grozi w moim wypadku odmrożeniem ;)
A srał pies, gdzie jest szlak. Widzę szczyt, teren łatwy, idę na "azymut".
Cóż, parka, która mocno została w tyle, może pójdzie za mną, może "lepiej". Niech walczą ;)

Nioo, tutaj trochę nawiało, ale przedeptane. Nie zakładałem stuptutów. Idąc "na azymut", parę razy mocno wpadłem w śnieżne jamy, no ale dość luźno zwisające, spodnie membranowe, jakoś nie pozwoliły na przedostanie się śniegu do buta.

Jest, żyję! Docieram na najwyższy punk tego dnia. Małołączniak 2096m n.p.m.

"Trochę" pizga. Aż pasek od kija jest prawie w poziomie

Obcy atakuje! ;)
I ten "wons górskeigo Janusza" see see.
fot. kom

Jeszcze taki widoczek i uciekam.
Tu nie da się spożyć posiłku!

Dalej. Tutaj mniej wieje, bo za skałami, ale tak w cieniu? Blee.
Skoczę szybko na widoczną Kondracką Kopę, potem, siup na Przełęcz Kondracką i tam posiłek.

Trochę śniegu trochę lodu, trochę skały. Raczki fajne są :D

Uff, docieram.
Tu już tak nie piździ.
Posiłek. Nie zjadam wszystkiego, raptem , niecałe 2/3 porcji. Nie mam apetytu!?
Przez chwilę, w głowie brzmiało mi "idź jeszcze na Giewont", bo miałem bardzo dobry czas.
Ale, po co :P Tyle razy byłem, zresztą, trzeba palić motorek na dół, co by ciemności nie zastały i jak najmniej samochodowej trasy powrotnej, robić po ciemku. A jeszcze troliczka w Łącku trzeba odwiedzić. No i mojego chrześniaka! 

Co się zjadło, to się zjadło, batonik do kieszeni i stylem koziczki :D w dół.

Łot i Giewont łot dolca.

Ta mała (brak dużego zooma) brązowa plamka to kozica. Gdzie ona się tam pcha?!

Im niżej, tym ciemniej.

Z doliny Małej Łąki w stronę Giewontu.

Na końcówce doliny, zapala mi się dioda "low battery"! Ale mam ciężkie nogi. Chciał bym iść żwawiej, ale nie mogę! Ehh...

I znów na Przysłop Miętusi.

Ach to słonko i widoki, jest pięknie, jest ciepło. jest... zajebiście :D

Oj, znów ten biedny las. Ale go "wywiało".

Czyżby polska filia św. Mikołaja? ;)

Docieram do samochodu.
Co by tu więcej napisać, w rytm "każdy śpiewać może...", to... każdy chodzić może, trochę lepiej lub trochę gorzej, ale to nie o to chodzi co jak co komu wychodzi! 
Liczy się pasja!
Dużo uciąłem z czasu z mapy. Mimo zdjęć i przerwy na posiłek i warunków zimowych.
I wiecie co, tak, byłem z tego zadowolony, dopóki nie odczułem nóg (oj zasiedziałem się i były zakwasy przez 3 dni!) i mego biednego kulasa, dostał po kościach i ścięgnach :(
Może czas, wystopować?

Odrzucając te czarne myśli ;) wpadam w odwiedziny do rodzinki, do troliczka i mojego chrześniaka :D

Mamcia karmi, tatko w kuchni? Nic wykwintnego się nie spodziewajcie, łot rosół podgrzewa i frytki robi hehehe.
Dzięki śwagier!

Łot jaki wesołek, jak wujcio :D
I "mistrz drugiego planu" ;)

Nie siedziałem długo, co by gwoździa o stół nie przybić. Trochę się zmęczyłem, a jeszcze parę kilometrów przede mną. Jeszcze tam wrócę! :D



Kącik kulinarny


Co by tu zrobić, co mi zalega w lodówce :p

Mozzarella kupiona hurtem, jest pod koniec terminu. Do tego rukola, nie może się zmarnować. A i część sosu czosnkowego się ostało, z posiedzenia dzień wcześniej, z Kamą.

To będzie zapiekana mozzarella z dodatkami.


Składniki:

Zagadałem się z Szymonem, to się zapomniało zrobić foty produktów.

Tak to wygląda w naczyniu żaroodpornym:

-Ser mozzarella 

-Pomidory świeże i suszone

-Oliwki czarne i zielone

-Sos czosnkowy

-Rukola i bazylia


Do piekarnika i gotowe!


Smacznego i pozdrawiam!