środa, 7 października 2020

 


Levočské vrchy

Čiernohuzec 1216m, Jankovec 1169m

19/20.09.2020



Ojj jak ja dawno nie byłem z namiotem i to w Lewockich i z rowerem.

Uwielbiam takie klimaty, a do tego rykowisko w pełni! Więc, trzeba było coś zdziałać.

Pakowanie.

Trochę dużo tego nabrałem jak na rowerowy trip :p

No ale, z wodą akurat tam to słabo (więc wpadło do plecaka 1,5l wody źródlanej). No i marzyło mi się dobre piwko na wieczór, więc szklana butelka.

Do siatkowej torby Petzl_a po uprzęży, wpakowałem Śpiwór. Oryginalny wór gdzieś mi się zapodział, zresztą wepchać do niego tą puchówkę, to męka :p


Start z wioski Tichý Potok.
Wjeżdżam w dolinkę. Upss, trochę się zapędziłem, trzeba odbić tą polną drogą.

A tu się schowały maślaczki.
Do siaty, będzie na sosik do kiełby!

Łot takie dróżki, to już niemal jak autostrady.
W sumie, więcej było pchania, niż jechania, no ale, ma ciało co chciało.

Tu odbijam na chatkę nieco na uboczu.

Jest i owa chatka.


Niestetu zamknięta, ale z braku laku na werandzie, można się skitrać przed deszczem

Jest i źródełko.
Trochę małą ma wydajność, ale można podnieść deskę od "zbiornika" i tam zaczerpnąć jakimś garnusiem.

Jednak widok stąd jest słaby. Jadę dalej.

Ooo, Taterki już się wyłaniają.

I ujęcie "w tył".

Dalej...

A cio to?
Zimnioczki dla zwierzaków. To im parę mniejszych podpieprzyłem na ognisko :D

Dojeżdżam do rozwidlenia.
Miałem jechać dalej, ale skusił mnie dziki szczyt o znacznej wysokości Čiernohuzec 1216m. Tak sobie ubzdurałem, tzn świadomie zdecydowałem ;) że tam będzie fajnie i ciekawy widok.
He, że gdzie, że tam? No tak, tam. Dzięki ci Mapy.cz :D

Ło kruca. Ale się umordowałem wypychając tu rower.
Jest małe wypłaszczenie i nieco mniej trawy. Tu będzie dobre miejsce na namiot.

Zostawiam sprzęt i idę zdobyć szczyt, oraz szukać dogodnego stanowiska na wschód słońca.
Ooo, tu będzie zacnie!

Miejsce na ognisko niespecjalne.
Wykopałem małą jamkę i palę mini ogień, aby tylko coś ugotować.

Kasza zrobiona, czas na konsumpcję. No tak, zapomniałem "spork_a". Grzebałem nim w kuchni od ostatniej chwili i nie spakowałem. Trzeba było wystrugać sobie łychę ;)

I słonko chowa się za Tatrami.

Czas na piwko!

Był obiadek, to teraz kolacja. Niestety ziemniaków nie zrobiłem, ponieważ za mało żaru, za małe to ognisko. Jednak ze względów bezpieczeństwa, większego nie rozpalałem. Gdyby była susza i nie rosiło na wieczór, to w tym miejscu, nie odważył bym się nawet na takie małe.

I późny zachód, niebo zalało się purpurą.

Już w namiocie przypominam sobie, że mam przecież jeszcze jedną kiełbasę!
Kruca, nie będę znów ognia rozpalał, w krzaki nie wyrzucę bo misiek jeszcze przyjdzie. W namiocie trzymać, też trochę bojno, co by coś w nocy nie węszyło ;)
Zjadłem zimną. Nie powiem, żeby to był mój najsmaczniejszy posiłek w górach ;)

Noc była z początku dość zimna, ale potem zaniosło się chmurami i zrobiło się cieplej. Nawet bezstresowo wylazłem w nocy ze śpiworka za potrzebą.
Jednak koncert pod tytułem "Rykowisko", skutecznie utrudniał spanie. Mimo wszystko, świetne przeżycie.

Rano, o dziwo, cieplej jak wieczorem. A co mnie bardzo zaskoczyło, trawa prawie w ogóle nie była mokra i spokojnie można było pokrzaczorować na wschód słońca.

Już niedługo, jestem w sam raz.

W oczekiwaniu na wschód.

Jest!
Cieszę się jak dzidzi :D Dla takich chwil się żyje.

Rzut obiektywem w głąb Słowacji z mgiełkami.

Opuszczając stanowisko, jeszcze jedna fotka ze słonkiem.

Ha! Nawet telefonem da się czasem coś fajnego pstryknąć.


Przygotowuję się do śniadania.
Hmm... a co mi tam łazi w trawie?! Jeleń podszedł. Jakiś młody, nie za duży, no ale w tym czasie, to głupie jest i niewyżyte, jakby wziął na rogi, albo... wyruchał! ;)
A w ogóle mnie nie zwietrzył, ani nie widział. Póki był jeszcze w miarę daleko, stanąłem na pieńku, krzyknąłem:
Bu!
To jeleń, czy osioł? Bo popatrzył się do tyłu, więc zacząłem machać rękami i drzeć japę. Po chwili mnie zauważył i uciekł w podskokach w przeciwną stronę.

A to jest "lewoczański" wzmacniacz GSM.
Tu mi łapało polskie 4G :D

To śniadańko.
Jajca (przewożone, wbite do małej, plastikowej buteleczki), chorizo i zostało jeszcze trochę serka.

To jeszcze zielona herbata.

Ahh...

Szczyty Tatr, delikatnie oświetlone, leniwie wyłaniającym się słonkiem. 

Szersza perspektywa. Te "łysawe" górki nieco na prawo od Tatr, to najwyższe szczyty Lewockich.

Pojedzony, spakowany, to wio dalej!
"Światełko w tunelu":

Pięknie tu...

Docieram na kolejny szczyt Jankovec 1169 m.
Na tej największej górze na lewo, nocowałem.

Hee? Kojarzę te ruiny. No tak, byłem już tu na rowerze i to z większą bandą, tylko od drugiej strony.

Też fajne miejsce i palenisko pod amboną jest, wiec można by zrobić większe ognisko, ale zdecydowanie gorsze miejsce na obserwację wschodu słońca.
 
To teraz do rozwidlenia cyklotras:
"Václavák, križovatka cykloturistických trás" :D
Jest tu stara asfaltówka, prowadząca na Tichý Potok.
14,7km ciągle w dół. 695m różnica poziomów. Nie chciał bym tego podjeżdżać z pełnym plecakiem :p

Trochę dłużył mi się ten zjazd, mimo, że dokręcałem mocno na przełożeniu 44x11.
Uff, docieram do samochodu.
Siup do klekota, mimo, że rdzewieje i przecieka haha, jak stara łajba, to nawet lubię go :p i powrót do jamy :D

Fajowy wyjazd. Tego mi brakowało. Takiego dzikcowania, z namiotem. Bez spiny, dziesiątków kilometrów. Restet, przy odgłosach ryczących jeleni 😍


Kącik kulinarny.


Barszczyk.

Nie jestem dobry w robieniu zup, no ale zobaczymy co mi z tego wyjdzie ;)


Składniki:

- Buraczki - nie inaczej ;) Wybieram takie malutkie.

- Czosnek, daję dużoo czosnku. Wpakowałem prawie całą główkę.

- Z przypraw - ziele angielskie, liść laurowy, pieprz (i sól) oraz majeranek.

- Dodaję też trochę suszonych warzyw, bo lubię jak coś więcej pływa mi w zupce ;)

- Sok z kiszonych buraków - tajna broń :p Niektórzy wsypują te barszcze z torebki, co by wzmocnić i podkreślić smak. Jak się dobrze doprawi, a potem zapoda tego soku, jest smacznie i zdrowo.


Buraczki gotujemy 1-1,5h.
Na 20min przed końcem, dodaję czosnek i warzywka.
Po ściągnięciu z ognia dolewam sok z kiszonych buraków. Robi robotę!

Smacznego o pozdrawiam!


czwartek, 1 października 2020

 


Levočské vrchy.

Vyhlad – Scob 956m n.p.m.

Rozhľadňa na Čarnej hure – 1038m n.p.m.

12.09.2020r.


Już jakiś dłuższy czas, chodziły za mną wschodnie rubieże Gór Lewockich. Wiedziałem, że jest jeden punkt widokowy z którego startują też paralotniarze, a drugi wyczaiłem dzięki Mapy.cz (tryb ze zdjęciami).

Coś mi tam kołatało się w główce, aby jechać z rowerem pod namiot, ale może nie tym razem, może nie tam. Teraz, wezmę Kamę.

Podjeżdżamy klekotem do końca wioski Poloma. He, żę jak? A może "Paloma Blanca" :D


Parkujemy i start.


Nieco po lewej pod szczytem widać już tą wychodnię (z krzyżem).
Że ile 40minut? Pff.

A tu ujęcie na "Rozhľadňa na Čarnej hure", na którą mamy się dostać graniowym szlakiem.

Po warstwicach i tym jak szlak kluczy na mapie, było widać, iż nie będzie łatwo. Już wiem skąd te 40min na tak krótkim odcinku. Z rowerem i bazówką, cierpiał bym tu ;)
Z podejścia.

Uff. Docieramy. Zagotowaliśmy na tym podejściu, jakoś tak parno, burzowo?
Wita nas trójka młodych Słowaków. Przygotowują miejscówkę, bo jak się dowiadujemy, ma być tu dnia następnego "impreza". Tzn msza i potem "poczęstunek", który symbolizują, wiadomym ;) gestem.
Zagadują coś do nas, skąd jesteśmy i takie tam i rzucają hasłem:
- "Przytkowice".
* He?
- Energy
* Aaa, umcyk, umcyk! ;)
Rozrywkowe chłopaki.


Jest tu taka fajowa wychodnia skalna.

I panoramka z niej:

Skakać czy nie skakać? :p


Człapiemy dalej.
Apka Mapy.cz z ściągniętą całą Słowacją offline, daje rady. Dość szczegółowo nawet Lewockie (z "nowymi" szlakami) są opracowane.
Jakieś 80m dalej, szlak odbija ostro w lewo, na tą "drogę" na górze trawersującą stok.

Udało się trafić z ostrością.

Tak, to ten "szlak". Ot Lewockie, czasem (może czasem częściej jak czasem ;) ) tak to wygląda.
Ktoś tu jest nie w humorku ;) Myślałem, że zabije mnie wzrokiem, niczym Bazyliszek!
Ja się tam dobrze bawiłem hihi :p

Coraz bliżej.

I jesteśmy. Kolejny punk widokowy.

A cóż to za czarci wynalazek na takiej wysokości?!

Ekipa Słowaków z swoimi paniami, grubo tu urzęduje.
Górski troll, górskiego trolla pozna :D Oczywiście załapałem sięna poczęstunek. Chcieli mnie jeszcze napoić, no ale kierowca. Jak się ma luba oddalił, to pytają, czy może jednego, no to im przypominam, że kierowca, a Ci:
-A ona, nie kierowca
* No nie, nie jeździ.
- To musi zacząć :D

Widok jeszcze w kierunku Starej Lubovli i w oddali już polskie górki :)

Panoramka spod wiaty.

Łot jakie tu wygody mają. Nawet papier jest!

Zaraz obok, fajna skałka.

Oczywiście, wydrapaliśmy się na nią :D

Czas schodzić.
Zejście czerwonym w kierunku wioski Krásna Lúka.
Mijamy jednego paralotniarza. Chyba Polak. Ale zarówno on jak i ja, próbowaliśmy gadać po słowacku, więc... było ciekawie hehe ;)

Wodopój.

Kubeczek sygnowany logiem "Becherovka".
Jakoś nie przepadam za tym ziołowym specyfikiem, za to za starych lat ciotki się tym podniecały ;)

Dzięki Maprzy.cz wyznaczam drogę z powrotem do wozidła, przez takie łąki.
Pięknie tu. Mało domów porozrzucanych wszędzie, jak to u na w zwyczaju, brak szepczących trakcji wysokiego napięcia. Supcio!

A i po drodze, udało się jeszcze nazbierać trochę maślaków i podgrzybków. 

I miał być to kącik kulinarny.
Ale, miałem towarzystwo. Kaszotto poszło w odstawkę, ponieważ, Alina przyniosła gołąbki. Kij tam z gołąbkami, ale i piwo wzięła :D
Klimatycznie, Zlatý Bažant i to słowacki, bo czy czasem nie leje tego u nas Żywiec? (Pilsner Urquell nie wyszło mu na dobre rozlewanie/warzenie w PL i teraz jest tylko importowany. Jeśli się mylę, proszę mnie poprawić).
Był jeszcze Albert, z którym to podłapaliśmy fazę na noże ;) tzn o stalach, stopach i takie tam :D

Sosik grzybowy, przygotowany w nerce na ogniu, a do tego wspaniałe gołąbki od "mojej prawie, że najlepszej przyjaciółki" heheh :P




Kącik kulinarny:

Jako, iż okres na grzyby, to coś z moich ulubionych rydzów!

Rydze smażone na maśle z ziemniakami ze szczypiorem i rozmarynem.

Składniki:
- Rydze (nie mylić z kurkami z biedry, bo już mi się jeden z Polski chwalił, że jadł te "sławne" rydze i kupił w Biedronce, buahaha).
- Szczypior, rozmaryn
- Masło (dużo masła :D)
- Ziemniaczki (kupujta na targach, w małych sklepikach, bo te marketowe, to straszne gówno!)

Dużo masła i na to rydzyki. Troszkęposiekanego rozmarynu do nich i smażymy na małym ogniu.
Ziemniaczki polewamy masłem na którym smażyły się rydze. Ma ono świetny aromat. Do tego szczypior i gotowe!
Takie proste, a takie smaczne!

Smacznego i pozdrawiam.