środa, 14 marca 2018



Trzy dni w okolicach Krościenka
z trollami z frazpc.pl
09-11.03.2018 r.


Witamy opisem kolejnego mini zlotu górskiego frazowiczów.
Kogo nie było, a było dużo deklarujących się, niech go chu... pierun strzeli :p

Na początek, pozwolę sobie skopiować i wkleić arcyciekawy opis działań "krakowskich", autorstwa Burczestera. W których to nie uczestniczyłem, niestety.
"Już w Warszawie zaczęło się ciekawie. Talar chyba myślał, że będziemy jechać wagonem sypialnianym, bo pojawił się na dworcu w piżamie. Upierał się strasznie przy tym, że to dresy bez kieszeni, ale komisja zlotowa odrzuciła jego sprzeciw i jednogłośnie stwierdziła, że przyjechał na zlot w piżamie. 
W Krakowie jak w Kijowie. Kupując bilet w kiosku, dowiedzieliśmy się, że "adin" znaczy "jeden" po krakowsku. Zdzichu odebrał nas z przystanku, będąc incognito, ubrany w ciemne okulary i czapkę naciągniętą na oczy. Prawie go nie poznałem. Pod kurtką chyba miał maczetę, ale nie udało się tego zweryfikować. W każdym razie, nie chciał być widziany w towarzystwie przyjezdnych. Oprowadził nas po swoim krakowskim apartamencie. Poopowiadał trochę, że ma licencję na zabijanie i niejeden gołąb padł trupem po naruszeniu jego prywatnej przestrzeni powietrznej. Pokazał też swój flet poprzeczny oraz wielkiego pająka, którego karmi upolowanymi gołębiami.
Następnie sprowadził nas do piwnicy, gdzie ma swój park maszynowy i warsztat, w którym narzędzia wiszące na ścianie mają swoje kontury odrysowane markerem. Kazał brać rowery i wynosić je z piwnicy. Urządził rajd chodnikami, ulicami, błotnymi ścieżkami i jakimiś skałami samobójców. Talar gadał coś o lęku wysokości i nie chciał podejść do krawędzi. Należy też dodać, że Talar jako swój bolid wybrał szosę z oponami 23 mm, którą musiał nosić po tym błocie. Ciekawym jest też fakt, że pieszo Zdzichu szedł ulicą zamiast chodnikiem, a rowerem poruszał się głownie chodnikami. Dość osobliwe podejście.
Jak wiadomo, pedałowanie ze Zdzichem kończy się pękniętą gumą, więc trzeba było łatać tylną dętkę w rowerze jego żony, którym się poruszałem. Nie była to pierwsza łatka na tej dętce. Mieliśmy szczęście, bo serwis rowerowy był kilkaset metrów od nas. Kupiliśmy dętki i pożyczyliśmy łyżki oraz pompkę. Niestety, Zdzichu uderzył się pompką w kolano podczas pompowania dętki. Zaczął wrzeszczeć, że jest kontuzjowany i nigdzie nie jedzie. Ciężko jest to opisać słowem pisanym. Najbliżej temu było do szału małego dziecka, tupiącego nogami w miejscu i drzącego się na cały głos. Uspokoił się dopiero po zapewnieniu, że w nagrodę dostanie Chupa Chupsa (:D). Warto też wspomnieć, że Talar przez cały czas siedział wgapiony w telefon, bo się okazało że jest piwniczakiem z wypok pe el i każdą wolną chwilę spędzą na tym portalu dla przegrywów (#pdk). Napompowaliśmy koło i spokojnie wróciliśmy do krakowskiego apartamentu. Tam Zdzichu pograł jeszcze w gry na projektorze, po czym stwierdził że zaczęły się godziny szczytu i największe korki. Właśnie wtedy ruszyliśmy w drogę. Wyjazd z Krakowa zajął chyba półtorej godziny, a nie robiliśmy zakupów, więc nie kupiliśmy żelków na wagę w Auchan, których Zdzichu nie mógł odżałować przez cały wyjazd. Lancia tylko skakała jak kangur od świateł do świateł.
Do Nowego Sącza jechaliśmy najkrótszą trasą. Tyle że ta trasa była najdłuższa czasowo. Nie udało się przekonać Zdzicha do zmiany decyzji. Wodnik trochę na nas poczekał, ale w końcu dotarliśmy do niego. Miał więcej czasu żeby podkarmić wodobrzusze.
Pełnym składem dojechaliśmy do Krościenka. Zrobiliśmy zakupy, zjedliśmy coś i do późnej nocy graliśmy w Tajniaków - ulubioną grę Talara. "

Jest rynek krakowski, są i pizdusie :P
 fot. Talar - obróbka Wodnik.

 fot. Talar - obróbka Wodnik.

Takie tam dalej...
 fot. Talar - obróbka Wodnik.

Odbierają mnie z Nowego Sącza. Lądujemy. Zdzicho ma fajną grę, w którą Talar uwielbia grać ;) Mimo, że się wykręca, to nasz team Talar + JA, ogrywamy tych debili. Normalnie zszedł się "głupi i głupszy" :D ;)

Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje... dobrą pogodę. Szykowanie.
Ten to kurwa wpierdala tylko jakieś serki, kiełki, owoce. Ki chuj?!

Joł, joł madafaka. Ehhh, ty zjebie :p
Kanapeczki naszykowane. Ciekawe, czy ma książeczkę wojskową. No kurwa miał! To jakaś rodzina ze spazmą? hehehe.

Dobra, dobra, zupa z bobra... startujemy!

Ufff, gorąco. Musiałem na podejściu podwinąć polarkowe gatki. Nie wiem, czego spodziewał się Zdzichu, ale ubrał kalesonki, na to te gatki co widać tutaj + jakieś workowate/membranowe (?) coś. Jajka to zagotował na pierwszym podejściu i w krzakach ściągał pory :P

A gdzie Talar? Ma biedny kryzys. Trudno, nie bedzie go na focie :P
 fot. Talar - obróbka Wodnik. 

Dobra, nie ma śmiacia, bo mnie też zatkało w pewnym miejscu :p


I mamy pierwsze widoczki na Tatry :)

  fot. Talar - obróbka Wodnik.

Ło kurwens, co to za paskudny troll górski?!
fot. Talar - obróbka Wodnik. 

Dwa oddechy, pozowanie do foty i lecim...
fot. Talar - obróbka Wodnik. 

Burczester daje dobre tempo.
fot. Talar - obróbka Wodnik. 

Idziem sobie dalej...

Widok na Lubań.

Omnimo niom. Dobre piwko wypite do słoneczka po wypoceniu się.
fot. Talar - obróbka Wodnik. 

Łoł, trop rysia!

Reszta pijusów nie podzielała mojej fascynacji. "No szedł sobie tędy i co... " :P
Jednak, moim małym marzeniem, jest zrobić zdjęcie rysiowi w jego naturalnym środowisku. Więc i nawet jego ślad, jest dla mnie czymś, nader ciekawym.
"Reszta pijusów".

Chwila przerwy.
Od lewej widać już przekaźnik na Przechybie. Nie zginiemy... chyba.

No Łysiny (1052m) jak w glacę strzelił :D

Człapiem dalej. Warunki śnieżne, nie ciekawe :p

Ale my nie damy rady! Potrzymajcie nam piwo!
Upss, trochę głęboko na tej polance.
fot. Talar - obróbka Wodnik. 

Nóżka do góry, kroczek...
fot. Talar - obróbka Wodnik.

I jeb po kolano. Masakra!
fot. Talar - obróbka Wodnik. 

Na szczęście, to śnieżne piekło nie trwało długo. Docieramy do nieco lepiej ubitego szlaku, gdzie tylko co czwarty/piąty krok to zapadanie się po kolano ;)
Człapiemy żwawo w kierunku schroniska.
Docieramy. Trzeba się posilić.
Zdzichu po krakowsu, kanapeczki :P
Ja zamawiam żurek. Ekhmm, ledwo ciepły, mdławy (chrzanu to on chyba nie widział). Jestem na NIE!

Zamawiamy jeszcze parę grzanych piwek. Wchodzą ekspresowo, ze smakiem.
Talar podładowuje swego srajfona ;) z mojego chińskiego potwora z baterią 10000 mAh :D

Ruszamy dalej, mimo mojego niezadowolenia, bo chciałem pochłonąć jeszcze jedno grzane piwko.
Ze złości ;) narzucam tempo i słyszę... "On chyba chodzi na etanol" hehe.
Ot docieramy TU:

Pełzniem dalej. Staram się nie odpuszczać. 

Przeszkody terenowe.

Czy ja pisałem, że staram się nie odpuszczać? Ryło czerwone, leje się ze mnie jak ze świni!
A burczesterek sobie idzie z uśmiechem na twarzy. Jebany fit-zjeb ;)
fot. Talar - obróbka Wodnik.  

Kurwa, Talar zbok tylko chodził za mną i focił moją dupę!
fot. Talar - obróbka Wodnik. 

Hop...
fot. Talar - obróbka Wodnik.

i sip :D I wylądował jedną nogą w śniegu po kolana.
ON, to nic, miał stuptuty, ale Zdzisław, nasz rodzynek, i tym razem nas zaskoczył!
fot. Talar - obróbka Wodnik.

Zdzichowi butki puściły, zresztą po tych śniegach po kolana, w adidaskach... eee Talar się zarzekał, że ma sucho buahaha. Tak więc, nasz rodzynek musiał zmienić skarpwtki, na suche. Padło na "stopki".
Czyż nie piękne zimowe wdzianko?!

"Miota nim jak szatan!"

Pierdu, piedu idziem dalej. Dosłownie pierdu, Talar strzela jak wytrawny snajper. Ja, walę jak z bazooki. Ktoś tam puści cichacza i śmierdzi tak, że w oczy szczypie. Tak to bywa, nażrą się, nachleją, potem wysiłek fizyczny, to i fermentuje :P
A i mocz trzeba oddać.
Tylko czemu Zdzichy sika wprost na szlak?! Przecie to nie żółtym idziemy :P

A i bywało stromo w dół. Noga potrafiła się wbijać głęboko w śnieg :(

Napieramy. Czas nas nagli.
Patriotyczny akcent. 

Robi się powoli ciemno. Nie damy się drałujemy!

W dole Krościenko, jeszcze tylko parę kilometrów!

Talar z burczesterem idą, dosłownie, jak te niemyte świnie do chlewu, coś zjeść. Ja i Zdzicho, oporządzamy się na kwaterze. Jak cywilizowani ludzie, piękni, pachnący, odświeżeni, z bijącym od nas blaskiem zdobywców :D

Zdzichu zaszalał. Ląduje burgerek z ziemniacanymi talarkami. Notabene Talar, mocno nie dojadł swojego zamówienia. Biedaka trasa wymęczyła :p

A ja zamawiam piersioka zapiekanego w serze z pieczarkami w sosie śmietanowym + sałatki + ziemniaczane talarki. A co! :D

Wracamy na kwaterę, Nie wiadomo czemu, Talar nie chce grać w grę :P Chyba woli zasnąć, zanim jakiś taki zwierz, zwany w Krynicy PizmOkiem, zacznie chrapać hehe.
Trasa była zacna, a jak na warunki zimowe, to, no daliśmy sobie popalić.
Trasa dzień 1

Rano kuchcimy :)
Jajkownica na cebuli. Talar kroi, ja kuchcę :D

Po posiłku ruszamy na Modyń... eee nie, to przecie wieża widokowa na Magurkach. Nieważne. Modyń srodyń czy Magurki. Wiem gdzie jechać. Tak, tak, wiem, nie powinienem tyle pić ;)

Trasa dzień 2

Podchodzimy.

Ten fit zjeb znów narzuca "mordercze" tempo ;)

Pacynki idą z tylca.

Talarowi faktycznie spiło łydy. Szedł tak jakoś dziwnie, jakby go ktoś w dupę ruchał całą noc :D

Fajna chatka dupczatka z widokiem na tatry.
Wóz dojazdowy, to oczywiście nieśmiertelna Łada Niva :D

I kolejny widok na Lubań!

Ot i taka panoramka przedstawiająca szczyty koło tej chatki. Fajne!

Jest i główny cel niedzielnego spacerku. Tak wiem, trasa miała być bardziej hardcorowa, ale, została skrócona do minimum :p Ale i tak było fajnie!

Ot opis szczytów w tą bardziej ciekawą stronę ;)

I panoramka sklejona z kilkunastu zdjęć.

Ohhh, nie ma to jak wypoczynek na ławeczce, do słońca, z widokiem na Tatry. Jeszcze popijając malinówkę... ahhh, jestem w niebie!

Idziem dalej ścieżką przyrodniczą do wraku Liberatora.

Kawał blachy z góry to oryginał.

W środku mini fototapeta przedstawiająca pulpit.

W dół wykorzystuję tu styl "koziczki". Talar odżywa, daje rady :D
Następnie idziemy doliną potoku Jaszcze.

Frazowicze pozują.

Potem tylko ewakuacja do samochodu. I każdy w swoją stronę.

Kącika kulinarnego nie będzie, bo macie żarło w opisie. AmenT :p

poniedziałek, 19 lutego 2018



Niedzielny "spacer" na skiturach.
Jeden zaplątał się z rakietami ;)
18.02.2018 r.


Dostałem info, iż planowane jest niedzelne skiturowanie większą ekipą. Czemu nie, pewnie pójdą boczkien nartostradą, albo drogą, to po koncercie Kultu i odwiedzeniu domufki, dam rady :p
Tylko ta nieludzka pora!  ;) O 9 zebranie w isport. Tak się kokosili dobierajac sprzęt, że wychodzimy dopiero po 10. I poco było umawiać się tak wcześnie. Godzinkę dłużej bym pospał hehe.
Szykowanie fok.


Przymiarki butów. Dobrze, że Hiczkok ma swoje, bo gdzie by tu takie kajaki znaleźli :p

Jest i księdzowy synek.

Mnie zaopatrzyli w rakiety. Wcale nie podobał mi się ten pomysł, gdzie oni kruca chcą iść?

Cooli miał najlepiej, bo na lekko ;)

Szykowanie.

A na parking zajeżdżają fatowicze :D

Start! Tomek prowadzi. Wyskoczył do przodu, gdzie mu się tak śpieszy?
  
Triti ti idziem sobie.
fot. Hiczkok 

Łee, czekajcie na mnie!
Jakoś dawałem rady, choć prawdę mówiąc, tu spokojnie mógł bym jeszcze iść z buta. No ale nie, "kierownik wyprawy" się nie zgodził. Stwierdził, że będę miał za łatwo :P
fot. Hiczkok 

Taki tam widoczek.

2 min przerwy. Czekamy na zamykających pochód. Jakoś mi tam w miarę szło, jednak miałem fory od uczestniczek biegu Janosika. Ot pobiegły sobie 45+ km ~1500m przewyższenia, w warunkach zimowych. Jak bym był wstanie to przebiec, tzn przejść, to na drugi dzień leżał bym i zdychał a nie wybierał się na skitury :P Reszta to też nie w ciemię bite chłopki, jeden to tam jakiesik czołowe miejsce miał w którymś z większych europejskich zawodów MTB. Z kim oni mi kazali iść?! Jeszcze w tym cholerstwie na nogach!

Wojtek to już chyba nic nie widział przez te okulary i szedł po koleinach niczym pociąg po torach ;)

Który to szalony leśniczy jeździł w takim śniegu samochodem? :D
fot. Hiczkok

Ups, podajcie, trzeba zmienić ustawienie wiązań.

Akuku

A tu kawałek dzikcowania. Trochę stromo było. No nie powiem, tutaj rakiety się przydały, bo inaczej zapadał bym się powyżej kolan. Jednak skiturowy ślad jest za wąski dla rakiet, więc musiałem iść bokiem, gdzie było miejscami bardziej nierówno.

Ooo leży ktoś... i nie może wstać. Zdarza się ;)
Na lewo mój ślad wymijający ten niekompatybilny skiturowy.

Żyję!

Trochę śniegu było.

Myk, myk.

Jak dotarliśmy już do szlaku czerwonego za Runkiem, zrzuciłem tą maszynerię z nóg. Normalnie, jakby mi ktoś ściągnął wiaderka z kulasów.
Dostałem mocy, na tyle, na ile mogłem jeszcze coś z siebie wykrzesać, zrobiliśmy coś ponad 11km co zajęło nam ponad 3h.
W knajpie na szczycie Jaworzyny, dołącza do nas Fabian. Akurat miał okienko między lekcjami.
Na stole lądują pierwsze potrawy. Tomek wpieprza aż mu się uszy trzęsą.

Dla każdego coś dobrego.

Rydzyki + do tego "jagerek" na trawienie ;)
Wyszliśmy z owego przybytku, z mocno poprawionym trawieniem :D

Coolio chyba też się trochę zmęczył. Z gracją założył łapę na łapę, oparł łeb o krzesło i grzecznie czekał no koniec posiedzenia.

Fajne przejście, ekipa zgrana. Było miodzio!
Do następnego!




Kącik kulinarny.

Wyjście w dzikie odstępy jaworzyńskie, to i żarcie dzikie.
Jest w Krynicy sklep z dziczyzną. Zakupiłem kiełbasę z jelenia :)
Do tego kapusta kiszona. W sprytnym opakowaniu jest, z zaworkiem/wentylem: "Dzięki zastosowaniu technologii wentyla odprowadzającego z opakowania gazy, powstające w wyniku naturalnego dojrzewania świeżej kiszonej kapusty, nie ma potrzeby stosowania żadnych konserwantów, regulatorów kwasowości ani przeciwutleniaczy."
Ot zdrowa kapustka :D

Na wysmarowany dość obficie masłem, spód naczynia żaroodpornego, lądują ziemniaki pokrojone w plastry. Potem owa kiełbasa i kapucha.
Gotowe i do piekarnika na niecałą godzinkę.

Smacznego i pozdrawiam!

czwartek, 8 lutego 2018



Nocne skiturowe wyjście na Jaworzyne
07.02.2018


Punkt zbiorczy, to główny parking pod stacją gondoli.
Dobry czas, zaraz ruszamy.

Idziemy, idziemy?!

A Ci to co, busem przyjechali. Co oni tam mają? Cały sztab anty kryzysowy jakby który zasłabł ;)

Mój śnieg, mój! Kochać!

Ostatnie przymiarki, zapięcie i... 3...2...1... start ;)

Idzie sobie wesoła ekipa. Ja z buta :p


Pierwsze problemy na ściance.

Piękna łuna z słotwińskich wyciągów.

Jest i szczyt.

CO?! Niemal półtorej godziny! Trochę długo, no ale jakieś tam słuchy chodziły, że nowicjuszy zrazić nie wolno ;) A i ja tyłów nie grzałem, nie zagotowałem nawet za bardzo (choć troszkę tłuszczyku z piżmoczka wyciekło hehe), więc spacerek ok :) 

Ha! Jeszcze nas w Kolibie ugościli. Rzuciliśmy się na grzane piwko. Debaty przy stole, księdzu załatwia szemrane interesy handlowe, a reszta przy wodopoju.

Ekipa skiturowa zjeżdża na dół. Ja postanawiam wpaść jeszcze na chwilkę na schronisko.
Trafiam na posiedzenie znajomych Doroty.

Kurcze, jak patrzę na tego jegomościa w środku, niee... to on? Czyżby sławny gawędziarz-kawalarz, ten od "Kawał o kozie" :D

Noo i kominek rozpalony, Chłopaki się spisały i przytaszczyły trochę "badyli" z lasu.

Dmuchaj, dmuchaj, piecowy!
Ale komóreczka w ręku musi być. Może instrukcji rozpalania w internetach szukał? ;)

A i wineczko, całkiem zacne, było.

Nowość, jaworzyńskie SPA hehe.

Nie ma śmiacia. Ten to ponoć zobaczył w blasku księżyca, pewną cześć ciała, wypróżniającego się Piżmoka i oślepł na trzy dni i trzy noce! ;)

W drodze powrotnej, spotkałem jeszcze Artura z "młodym". Dzikie, dziki, nudziło się im, to sobie wyszli jeszcze raz :p

Dzięki za spacerek w fajnej atmosferze, a ekipie ze schronu za miłe posiedzenie i poczęstunek.

Hoł! Do następnego :D