niedziela, 12 października 2025

 



Zestawienie.

Trzy słowackie wyjazdy.



nr 1. 

Rowerami wokół Veľká Domaša

06.09.2025r


Tam nas jeszcze nie było!

Wprawdzie, w upały, był plan, aby pojechać nad to jezioro, poplażować, jednak zniechęcił nas poziom wody/cofnięcie się od brzegu.

Kusiło, bo to tylko 1h 30min jazdy, a ludzi na pewno mniej jak nad naszymi "okolicznymi" bajorkami.


Tym razem, nie było w planach plażingu, tylko rowery. Więc jedziemy!


Docieramy do wioski Turany nad Ondavou.

Parkujemy przy kościółku. Często tak, bo za darmo i w miarę bezpiecznie.

Ba, nawet, nadział się na nas ksiądz, zapytał "turisti?", my "ano", uśmiechnął się i zero problema.


Wsiadamy na nasze aluminiowe ogiery i wio!
Po drodze, piękny, nawet w tym, marnym stanie, Kostol sv. Štefana.



Faktycznie bardzo niski poziom wody. Odsłoniły się fundamenty domów, które zostały zalane po wybudowaniu zapory.





Jedziemy dalej. Jest parę podjazdów asfaltowych, ale jakoś, da się je zmęczyć na MTB. Natomiast, po zjeździe bliżej jeziorka, jest, nazwijmy to, odcinek specjalny. Taki jakby singielek mały, raczej płaski, tzn nie że duży zjazd, tylko, takie, góra-dół. Z korzeniami.
Kamcia, radziła sobie, nad wyraz dobrze. Jestem z niej dumny! 😊

Przejeżdżamy przez spory camping, tak prowadzi szlak rowerowy (nasza trasa mapy.cz), by potem, trafić, na taką fajną, dziką miejscówkę.


I zapora.

fot. Kama

Śmigamy dalej.
Trafiamy, na bardzo klimatyczny zakątek.
Wprawdzie jachtu nie mamy, ale oni o tym nie wiedzą 😜

Statek na... brzegu 😆
A panom, też już się znudziło pływanie i wyławiają swoją "łódeczkę".

A my chillout.
Kamcia, oczywiście nie mogła odpuścić huśtawce 😛



Ok, ciśniemy dalej.
Kawałeczek stromo pod górę, a potem, 7km leśną drogą. Błotka trochę było, ale, czyżby Kamci błotko się spodobało?! Ba, moje pobożne życzenie, ale, jakoś tak dobrze jechała i nie narzekała, więc uznam, iż jakiś progres jest 😆
Docieramy do kolejnej wioski Valkov.

Hmm, trochę uciekła tu ta woda, od "plaży" 😂

A to główny dopływ.

Za to, raj dla ptasiorów!

Trochę posililiśmy się, batonik proteinowy, banan i jazda.

Ciśniemy dalej. Pod wiatr. Dobrze, że już niedaleko, bo zapas energii, szybko się kurczył 😉

Samochód stoi. Opony nie przebite 😉 Pakujemy rowery i do domciu.

Eee, nawigacja (mapy.cz - tak, jeżdżę na nich samochodem po Słowacji) nas zrobiła w konia. Tzn, nie wiedzieli o remoncie drogi. Tą przyjechaliśmy, ale już tego samego dnia, była w remoncie i zakaz ruchu. Udało się objechać.

Samo jeziorko, no polecam. Zarówno na rower, jak i na wypoczynek. Z pewnością, ciekawsze miejsce, jak nasze, okoliczne zatłoczone rożnowskie, czorsztyńskie czy inne. Zapewne, w przyszłym roku, wrócimy tam w okresie letnim, na wypad bardziej nastawiony na "plażing" 😎


nr 2.

Vojnianska Hora 930 m.

7.09.2025r.


A tak mnie naszło, że pojedziemy gdzieś, na zachód słońca.

A miała być dodatkowa atrakcja, zaćmienie księżyca. Obczaiłem prognozy, noo, takie... na dwoje babka wróżyła 😂

No ale jechać trzeba. Tylko gdzie. Tak nie daleko jakoś.

A to taką górkę wyczaiłem, o nazwie Vojnianska Hora 😁


Kama zwerbowała jeszcze Tyśkę.

Ok, jedziem!


Docieramy do wioski Vojňany.

Zaczynamy podejście. W sumie, tak na azymut, bo szlaku jako takiego, tam nie ma.



Po drodze, kobieta zrywająca głóg (facet, grzecznie czekał w terenówce 😆) poinstruowała nas nieco, jak iść.
Dziewczyny bały się wejść na to pole, ale co, jak to, to nasze bratnie słowackie (słowiańskie) dusze.
Ja... dobry den i coś po słowacku, coś po polsku. Mili byli. Tzn pani, bo pan, nie wylazł z samochodu. Może wcale nie chciał jechać na ten głóg 😛

Podejście jest nie oczywiste, potem trochę drogi, eee takiej mocno terenowej. Chyba tylko na quady.
I jest stromo!

Docieramy na punkt widokowy z ławeczką


Jeszcze coś czarno-białe.
Takie, nie inne. Eksperymentuje, szukam ujęć, kadruję, tak i siak. Do czego obiektyw z mega szerokim zakresem jest genialny. Uczy, dostrzegać dużo ciekawych rzeczy w oddali. Lub daje fajne efekty rozmycia tła, zoom_ując na bliskie obiekty.
Rozumiem i szanuję, ba, podobają mi się ostre, soczyste, a przede wszystkim przemyślane, zdjęcia z super obiektywów (stałek) z FF czy APS-C.
Jednak, moim zdaniem, bardzo nie docenia się “multiogniskowe” obiektywy.
Dają tyle możliwości!
Tak, są gorsze, mniej ostre, ciemniejsze, mają sporo wad. Ale czy tylko o tą ostrość i “magiczny” bokeh+rozmycie tła 😝 chodzi w fotografii?!



Idziemy na szczyt, który jest nieco wyżej.
W sumie, tylko po to, żeby go "odhaczyć". Widoków z niego, nie ma żadnych.

Wracamy na punkt widokowy i zaniosło się, zrobiło się ciemno, ponuro.

Dziewczyny czekają na zachód słońca. Legenda głosi, że siedzą tam do dziś 😜

To jeszcze rzut obiektywem na okoliczne hale.

Trzeba się posilić. Jest kiełbaska, dodatki do chrupania 😁 i termos, z "zimową" herbatą na rozgrzanie (imbir, cynamon cejloński, goździki, pomarańcza + herbata "mix zimowy" + czarna).

Schodzimy już po ciemku, ale trafiamy do samochodu. W razie "W" można było wrócić za śladem podejściowym gps, rysowanym na mapy.cz - trasa.
Mimo, że nie pykło z samym zachodem, a i Księżyca w ogóle nie było widać 😛, to i tak było fajnie.
Miejsce godne powrotu, z namiotem, na sesję zdjeciową zachodu i wschodu słońca.



nr 3.
Solisko 1057m - w paśmie Čergov
20.09.2025r.



Uparłem się, że zanim pojedziemy na nasz trzydniowy wyjazd, to trzeba by coś zdziałać, z rana. Na rozgrzewkę, na odmianę.
Wymyśliłem małą pętelkę, jednak, miałem pewne obawy. Nie, nie w związku z ogłupiałymi, ryczącymi jeleniami (choć była przygoda, ale to za chwilę), tylko, kawałek trzeba było poszukać dojścia do drogi leśnej (jej stanu, nie znałem, zakładałem na podstawie map, że istnieje. I tyle 😆). Więc była szansa, że będzie ciężka do przejścia, co niekoniecznie mogło spodobać się mej wybrance serca 😘
No cóż, ma oczy, ma! Więc, widziały gały co brały. Jedziemy! 😂

Ahh, Słowacja, Słowacja 😍
Przechodzimy przez podwórko przy małym domku. Nawet wyszła jakaś pani. Przywitałem się, spytałem czy mogę zrobić zdjęcie.
Pozdrowiła nas i poinstruowała krótko, jak iść.

Na łąkach.

Kamcia uważnie, szuka czegoś do focenia. Bo szersze widoki, jak widać, nie zachwycają 😝

Ustrzeliła np takie fikuśne roślinki z rosą.
fot. Kama

Ciekawie wyglądał ta flora przy ziemi.

Wchodzimy w las i... zaczyna przebijać się słońce.

Tworząc świetny spektakl.


Wychodzimy wyżej. W dole, morze mgieł, a my mamy piękne słonko 😎

Nawet dobrze widać "Świętą Górę".

I inne...


Docieramy do najwyższego szczytu, tego wyjścia.

Ciekawostka o tym obszarze.

Człapiemy dalej.

Może by co zebrał? 😉

Ooo i Taterki widać.
Po prawej, Minčol 1363 m. Najwyższy szczyt tego pasma.
Jak się później okazało, jakoś mniej więcej w tym samym czasie, był na nim kolega Jacek - z rowerem 😃

I jeszcze takie mgiełki między górami.

Udało się odnaleźć, ową, odbijającą drogę.
Nie obyło się bez lekkiego krzaczorowania. Ale jest!

Hmm... szedł tu kiedyś szlak?!
Na mapy.cz, nie ma. Muszę sprawdzić starsze mapy VKU.

I tak sobie idziemy tym pozaszalkiem (a niby szlakiem 😉), co jakiś czas, ryknie jakiś jeleń.
Aż tu nagle, jak nie "beknął", blisko nas. Kama się zatrzymała i mówi, że się boi.
Noo one potrafią być bardzo ogłupiałe, w tym okresie. Zacząłem głośniej mówić, gwizdać i... nagle po lewej, jeden sru w młodnik. A po lewej, bardziej dostojnie i spokojnie, większy samiec, opuścił ów teren. Z tego wynika, iż przeszkodziliśmy pojedynkowi. Może i dobrze, bo ten młodszy, co uciekł na lewo, to taki lelawy był. Nie miał szans z tym "starym bykiem". 

Droga owa, mocno rozryta, ale jakoś tam się idzie.

W końcu trafiamy na polanki.

Ale ładna kania. Był by super kotlecik!😍
Nie bierzemy, nie ma czasu na obróbkę, wszak po południu jedziemy w Tatry i na nowe, słowackie Via Ferraty.

Noo ale, takim pięknym kozaczkom, a było ich multum. Nie mogliśmy przepuścić!😄

Morale wzrosły. Siata pięknych grzybków jest. Można iść dalej.

Zeszliśmy. Uff.
To teraz jeszcze podejdziemy na pomnik "Janosika z lornetką" 😆

Słowacy umieją w memy 😉

Ooo i po drodze, takie miejsce ogniskowe.

Jest...

No Janosik z lornetką, nie inaczej! 😂

Nie śmieć! Nakarm... "śmieciozaura" 😜

Tak to wyglądały, nasze słowackie, małe, wojaże, Ujęte w jeden opis.

Będą i te większe 😁



Kącik kulinarny.


Cóż może być innego, jak owe kozaczki.

Ale żaby moc była w Tatrach, to jeszcze białeczko, z kurzego cycka 😄


Nasze zbiory, w dosłownie 5 minut!


Składniki:
- Grzyby - tu kozaki
- Pierś z kurczaka
- Rozmaryn, śmietanka, sól pieprz.

Pierś nakroić. Natrzeć solą, pieprzem i rozmarynem.
Grzyby tniemy, na patelnie masło i smażymy. Dodając po drodze (nie, jak cała woda/sos z grzybów wyparuje) śmietanki.
Na osobnej patelni, na małym ogniu, smażymy cycoka.

Na talerz i gotowe!

Smacznego i pozdrawiam!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz