czwartek, 24 października 2019




Wschód słońca na
Ihla 1283m n.p.m.
+
rowerowo Góry Lewockie



Weekendunio!
Coś trzeba zdziałać! Chodził mi po głowie, bardzo zacny plan. Otóż, chciałem odpalić samochód, podjechać do Nižné Ružbachy, zostawić tam wozidło i rowerem przez wioskę Ihlany i Majerka wyjechać na Ihlę (drugi co do wysokości szczyt Gór Lewockich, tzn Levočské vrchy :D ). I tam nocować i czekać na ekipę foto.
Jednak, cóż, plany planami, a leniowi radość ;)
Z łoża, zwlokłem się dopiero o 8!
Tak mi jakoś nie szło pakowanie i planowanie, że zanim się zmobilizowałem, było już po 12 hehehe.
Z pięknej pogody, zaczęło robić się, mało ciekawie. Silny wiatr, chmury.
Cóż, aby całkiem nie zmarnować dnia, odpalam szosę. Kupuję smakołyka i jadę.
Jakubik, Piorun, Roma. A co, nie ma gór pieszo, to są góry na szosie :D

Na Piorunie chillout.

Wyciągam smakołyka, czyli żurawinę w czekoladzie i leżę sobie, podziwiając piękno otaczającej mnie przyrody. Jest naprawdę zacnie, i te promienie słońca, przebijające się przez chmury. Ahh... tylko kurwa żeby tak nie piździło tym wiatrem!

Wracam do jamy i dzwonię do kierownika, księdza, niedzielnej wyprawy, iż porzuciłem mój plan i rano jadę z nimi na wschód.

Jak postanowione tak zrobione. Jednak musiałem wstać o 3:45!
Jedziem. Wyjeżdżamy samochodami wysoko. Potem trochę pieszo, przez Cerną Horę na Ihlę, szczyt z bajecznymi widokami!
Idziemy żwawo, aby się nie spóźnić. Aż się Cinek zasapał ;)

Docieramy!

Noo, noo, co my tu nie mamy!
Aż się Rzozek oblizuje ;)

Zaczyna robić się kolorowo.

Szczyt Ihli (postawili tablicę informacyjną, słupek z tabliczką z wysokością i skrzyneczkę z zeszytem do wpisów). W dole śpiąca Słowacja, a w oddali Tatry.

Cinek szuka dobrego miejsca do rozstawienia się ze statywem.

Krajobrazowi paparazzi ;)

W oczekiwaniu na wschód...

Te Rzozek, ale nie w tą stronę rób zdjęcie :p

Wipicowana niczym lustro, skrzyneczka z zeszytem.

Ojj, Taterki będą fajnie oświetlone :D

Jest, wyłazi! Taś, taś!

Mam cię!

I szybko zmiana stanowiska w kierunku Tatr.

Nie ma to, jak kubeczek gorącego czaju, w takich okolicznościach przyrody.

Słońce coraz wyżej.

I coraz mocniej oświetlona Słowacja. Wstawać, do roboty!

A tu taki żarcik :p
-Dlaczego cygany wstają o 5 rano?
*Aby się dłużej poopierdalać :D

I ciekawy efekt. Mocno świecąca w promieniach wschodzącego słońca, górna stacja kolejki na Tatrzańskiej Łomnicy. Niczym latarnia... górska :D

Rzozek foci.

Stanowisko Cinka.

Jeszcze rzut obiektywem w kierunku Polski. Widać było Trzy Korony, a przez ruską* lornetkę księdza (*"Ósmy grosik dla księdza, w parafii nędza" ;) ), zidentyfikowaliśmy na 100% Świętą Górę, Górę Gór! Jaworzynę!

Rzozek i Cinek zostają, robić jeszcze jakieś... głupie zdjęcia :p
A ja i Maciek, uciekamy na dół. Trzeba wracać do Krynicy, szybki przepak i wracać z rowerami. Kto to wymyślił?! ;)

Pięknie tu...

W drodze powrotnej, jeszcze strzał na słupek oznaczający najwyższy szczyt lewockich. Koło którego w nocy, przelecieliśmy jeszcze za ciemności.

Takie prawie Bieszczady ;)

Są wozidła.

Rach ciach, trzeba upchać trzy rowery MTB.
Tee, Jacuś, coś Ty taki malutki? Przyznaj się, za gówniaka paliłeś fajki ;p

Dobry punkt na wyjazd. Parking przy rondzie w Novej Lubovli.

Ojj, ciężko się jedzie. A ten skur... paskudny wiatr, wcale nie pomaga. "Peleton" się rwie. Każdy jedzie swoje. Póki siedziałem wielkiemu człowiekowi na kole, to było dobrze. Jak odpadłem i potem jechałem sam, dostając raz po raz w ryjek, tumanami drogowego kurzu, niesionego z impetem przez wiatr, nie było fajnie :p

Jest i przełęcz. Szybko się odziewany, jem banana i czekamy chwilę na Fabiana.

I wio na Cerną Horę.
Zdobyta po raz czwarty. W tym 3x na rowerze i 2x tego samego dnia hehe.

I ponownie Ihla.

Tee, bo odlecisz.

Wojtek, zoomuj, chcę fotkę bez tego klauna ;)

Pędzimy dalej. Eno, to miała być wycieczka a nie jakieś zawody! Nawet czasu na zrobienie fotki nie ma!
A gdzie Fabian?! Po chwili dostajemy sms_a... "kapeć". Wracamy.

Dość szybko się uporał i jak dojechaliśmy do niego, to był już po serwisie.

Ładne miejsce sobie wybrał na "pit stop" ;) Jacek nawiguje. Zna fajną polankę z ruinami.

Odbijamy w lewo (na północ) i taki oto widoczek się nam ukazuje.
Cerna Hora i Ihla od drugiej strony.

Maciek wykorzystuje czas na foto, aby pochłonąć banana.

Cudna ta boczna droga.

Docieramy do owej polanki. Jest wiata i studnia. Jednak chyba nieczynna :(


I ujęcie ze szczytu

Jacek ma chęci na jeszcze. Jednak, robi się już późnawo, a jak słońce schowa się za górki, to będzie zimno jak diabli. A my jeszcze bez czołówek :p

Postanawiamy jak najszybciej zjechać do dolinki, która według nawigacji, prowadzi prosto na Jakubany a potem już tylko, na owe rondo z parkowiskiem.

Odbijamy. Wpadamy na dość szybką, szeroką drogę leśną, ale, ale... ona omija ów szczyt od zachodu i leci gdzieś na wschód. A my chcemy w dół, na zachód. No jest w dół. W dół jak chuj! :p
Parę razy jadę na granicy przelecenia przez kierownicę. Parę razy zatrzymuję się do zera i podpierając się nogą, ślizgam się na luźnych kamieniach i korzonkach. Fabian, ten co się śmierci nie boi, poleciał w dół jak dzika świnia na sterydach :D
Uff, przeżyłem. Nie połamałem się. Jest dobrze. Wpadamy na asfaltówkę, ale troszkę taką zdradliwą bo pełno luźnego żwirku/resztek asfaltu. No ale przecie jestem na MTB z oponą 2,25, a nie szosie z cienkimi jak paluszek oponkami. Ogień! Siadam wielebnemu na koło i ciśniemy. Wojtek wykrzesał jeszcze turbo moc, wyprzedza nas z okrzykiem; "Co tak wolno!?". Ciśniemy, fajnie się zapieprza :D

Koniec jazdy, dojeżdżamy do parkingu. Ha! To było dobre. Piękny dzień (no może oprócz tego wiatru :p ), cudne widoczki, fajna ekipa i na koniec wyżycie się na zjeździe (najpierw tym górskim, z pełnymi majtami ;) ) a potem na asfaltowym.

Pakujemy się do auta i jedziemy coś zjeść, bom głodni jak wilcy :D
Moje pikne "carbonium".

Sugerujemy z Maćkiem, restaurację Palma.
Na stole na rozgrzewkę zupka. Króluje cesnakova polievka, Jacek się wyłamał i bierze rosół (chwali, iż dobry, jak domowy). Wszyscy jedzą, aż im się uszy trzęsą. Aaa nie, czekajcie. Ksiądz nie je, musi odpalić stravę i segmenty posprawdzać! Buahaha.

Na drugie, ja zamawiam makaron z brokułami, pomidorkami koktajlowymi i nieco pikantną, czerwoną kiełbaską. Do tego nie za dużo, nie za mało, a w sam raz podsmażonego czosnku. Dobre to!





Kącik kulinarny.


"Zdrowy" kurczak, nadziewany szpinakiem, z warzywami.


Samo mięsko, bardzo dobre. Ale... nie ma róży bez kolców?
Coś sporo wody wytopiło się z tego kuraka! Kupiłem go drugi raz, bo myślałem, że to może z tego szpinaku i warzyw. czy jak, i zrobiłem tylko z cebulą i... no, mam mocno mieszane uczucia.
Rozmawiałem z kolegą i twierdzi, iż taki typowo wiejski kurczak, jest bardzo suchy, wręcz trzeba go podlewać przy pieczeniu, a nie, że ma z niego wyciec ponad pół litra płynów (woda, tłuszcz, solanka?!). Także no ten tego.

"Smacznego" ;) i pozdrawiam!

poniedziałek, 21 października 2019



Tatry Słowackie
Tupá (pol. Tępa) 2285m n.p.m.
+
Batizovské pleso



Ahh, od dawna chodziła mi po głowi Tępa. Co się na nią szykowałem, to coś nie zgrało i plan był odkładany. Nie dawało mi to spać! ;)

Aż tu dzwoni Maćko. Ma parę dni wolnego. Piękna złota (a może ruda ;) ) jesień w pełni. Ciepło, słonko, kolorki. Wycyganiłem wolny czwartek. Jedziemy!
Plan, już od dłuższego czasu, miałem ułożony w głowie. Wybrałem wersję nieco krótszą, bo księdzu zabrał synka. Przy zejściu z Koprowego, trochę go łapki (opuszki) chyba bolały, więc wolałem nie zamęczyć psa :p

Kruca, gdzie oni mnie znów wiozą! Ja chcę na Jaworzynę!

Łot takim widoczkiem, zza szyby samochodu, witają nas Taterki :D

Startujemy z Vyšné Hágy - gdzie można tuż przed wejściem na szlak żółty, zaparkować samochód za darmoszkę see see :p

Jak dobrze, że to jesień. Lawiny nam nie straszne (choć po polskiej stronie, już trochę śniegu miejscami jest).

Na początku szlaku, można zatankować górskiej wody.

Ujęcie "w tył" na Kráľova hoľa 1946m n.p.m. "Obok tatrzańskiego Krywania druga narodowa góra Słowaków, uwieczniona w wielu legendach i opowieściach."

No tak, jak nie zabiją cię lawiny, to możesz dostać w łeb, spadającym drzewskiem ;)
Ciekawy szlak.

Człapiemy dalej.
Jest i woda dla Coolia.

Noo, noo, nie powiem, łatwe to podejście nie jest. Ale szybko robi się wysokość i widoczki coraz lepsze.

A w dole kiszą się mgły.

I wyłania się masyw Gerlacha!

Jeszcze ujęcie na Wodospad Batyżowiecki.

Coolio też podziwia widoczki.

A w dole, dalej kiszonka :p

Panoramka z nad stawu.

Pięknie tu, tylko... wieje!
Ubieram puchówkę i można chwilę posiedzieć. Zjadam banana i w drogę.

Ooo, jakie małe kamyczki ;)

Więcej, kamyczków :D

I ujęcie na Štrbské pleso.

Nieco dalej... jesienna szata.

I zbliżenie na znane wszem i wobec jeziorko.

Pędzimy na przód. Już coraz bliżej. Widać masyw Tępej, naszego (mojego ;) ) głównego celu.

Docieramy na przełęcz Sedlo pod Ostrvou.
Tu ciekawa akcja. Nieco w oddali widać cztery, młode dziewuchy i "starszego" gościa. Jakieś wygibasy robią, śmieszkują. Czyżby nauczyciel z uczennicami z jakiejś szkoły sportowej? Przechodzę koło nich, noo jędrne te kozy ;) a te ściągają koszulki i "nauczyciel" robi im "sweet focię" w stanikach sportowych. Hmm... mógłbym być takim nauczycielem hehe ;)

A jak, nie mogło zabraknąć ujęcia na Popradzkie pleso.

 Wychodzimy jeszcze na szczyt Osterwy. I robimy szybki piknik ;)
Po prawej masyw Tępej, ale właściwego szczytu nie widać. Jest jeszcze dalej.

Leziemy. Mimo, że nie ma tam oficjalnie szlaku, to z początku jest dość dobrze wydeptana ścieżka, a potem kopczyki z kamieni.

Mijamy jeden pośredni szczycik, ale... to jeszcze nie ten, ani nie ten na prawo, tylko ten bardziej centralny, to właściwy szczyt.

Lody, komu lody!
Coolio wpieprza jak małpa kit.

To jeszcze tarzanko. Pierwsze w tegorocznej "zimie".

Szczęście!

Dalej, trochę ma obawy jak iść. Mało wyćwiczony po skałach. Musi mu Hiczkok zrobić jakiś tor przeszkód na Górze Parkowej :p

Ooo, jaka kapitalna miejscówka na nocleg. Tak, już wiecie, co mi chodzi po głowie see see see.

Docieramy na szczyt. Oznaczony metalową rurką.

Fiki miki przy robieniu panoramy.

I jest panoramka ze szczytu.

Ujęcie na Končistá 2538m - kusi :p

A nich ci będzie, masz foteczku. 

Dobry piesek, dał rady!

Robimy jeszcze fotku jakiemuś Słowakowi i lecimy na dół.
Eee, stop! Gdzie są kije Maćka. Zostawił "nieco" przed szczytem, aby nie męczyć się z nimi i mieć większą kontrolę nad Cooliem. I jakoś je minęliśmy :p Niekoniecznie szliśmy idealnie tym samym, ot taka improwizacja w terenie bez wyraźnie wyznaczonego szlaku hehe.
Zostaję z psiakiem i czekamy. Dobra, znalazł. Petarda w dół!

A ten postrzępiony pośredni szczycik, z doły mylony z właściwym szczytem Tępej.

Znów na przełęczy i ogień w dół do schroniskach nad Popradzkim Stawem.
Prawie biegniemy. Ja styl "koziczki". Eeen ksiądz oszukuje, ścina agrafki "skrótami"! Tak nie wolno, pokutę mu! Pińcet euro! Ja "schodzę" prawilnie.

Ojj, zapiekłem kolana, będzie bolało w domciu :p
Jeszcze ujecie na schron w jesiennej odsłonie.

Siadamy. Coś by zjadł, a może nie...
Hiczkok zamawia standardowo. Cesnakova polievka i browar :p
A ja. Nie mam euro, kartą można płacić dopiero od 5E. Co za głupi zwyczaj.
Ok, pożyczam od kompana 5E. I bardzo dobrze, bo moje zakupy, czyli kapustova polievka i Kofola (tak, miałem strasznego smaka na tą słowacką "colę"), to 4,80E. Czyli bym się nie zmieścił w limicie płatności kartą i musiał coś dobierać.

Nie śpieszy się nam. Mamy dobry czas. Możemy poleniuchować i poopalać mordki :D
Z takim widoczkiem na nasze dzisiejsze zdobycze, Przełęcz pod Osterwą i Tępą.

CO?! 
Słabo widać, bo to max zoom i spory croop z mojego aparatu, ale... popatrzcie na tego skalnego szpikulca po prawej. Tam ktoś łazi po linie?! Wariatów nie brakuje na tym świecie ;)

To jeszcze tylko na elektriczkę i wrócić do samochodu
Lecę asfaltem jak dziki Piżmok. Nienawidzę asfaltu na koniec, wiec wolę mieć to jak najszybciej za sobą. Kolana juz spaliłem, teraz pale stop ;)

Uff, jest. Docieramy.
Gogusia z budki parkingowej, gdzie ponoć sprzedają bilety, już nie ma. U maszynisty do kupienia ponoć tylko cało dzienny za 4E. Można niby kupić za 2E przez SMS, ale mimo naszych najszczerszych chęci, polegliśmy. Jakiś posrany ten system zakupu.
To nam parkingowy doradził, że to jeden przystanek, czwartek, już późno... jedźcie na gapę. LoL.



Kącik kulinarny.

Szybkie wyjście, to i szybkie jedzonko.

Ziemniaki z suszonymi pomidorami, bazylią i czosnkiem (uwielbiam tą przyprawę) + podsmażana cebulka. Do tego sałatka z rukoli i kiełków brokułów, polana sosem włąsnej roboty

Sos:
- Musztarda słowacka (lubię ją).
- Miód (tutaj akurat rzepakowy).
- Oliwa z oliwek.
- Ocet jabłkowy.


I gotowe.

Smacznego i pozdrawiam.