poniedziałek, 6 marca 2017


Kiczora 1282m -> Jaworzyna Kamienicka 1288m ->
Gorc 1228m n.p.m.
04-05.03.2017

                  Zapowiadał się ładny weekend. Jednak ogólne warunki w niższych górach, takie nijakie. Ni to zima, ni to wiosna. Po głowie chodziły Tatry, ale zanim bym dojechał, a już w poniedziałek miało być brzydko. Padło na Gorce. Skazany na komunikację autobusową, wylądowałem w Łopusznej o 10:40. Niestety nie dało się wcześniej.

Ruszam szlakiem niebieskim. Tu pierwszy "zonk". Na mapie widać iż szlak prowadzi główną drogą przez wieś. A znaki we wiosce potrafią zmylić. Polazłem za oznaczeniem i wyprowadziło mnie w bok (na wschód), dosłownie w pole :p Już mi się nie chciało wracać, to postanowiłem podzikcować. Zresztą chodzenie asfaltem w moich buciorskach nie należy do najprzyjemniejszych, wolałem już "pokrzaczorować".


Tak to sobie polazłem przez Małą Górę i Cyrlę i potem zszedłem do asfaltu aby trafić na odbicie szlaku czarnego.

Pierwsze chatki na czarnym szlaku, w jednej można się przekimać.

Następnie wpadam na czerwony prowadzący na Kiczorę.
Widok na Turbacz ze schroniskiem.

Po drodze

Z Kiczory na Jaworzynę Kamienicką na której stoi kapliczka.

I dalej zielonym w kierunku Gorca.
Na Przysłopie Górnym, zaciekawiła mnie nowo budowana bacówka. Jako, iż powoli robiło się późno, a i miejsce spodobało mi się widokowo, postanowiłem tu przekimać.
Bacówka okazałą się otwarta. Wprawdzie podłoga to nierówna, przekopana ziemia, ale dało rady.
Z desek zrobiłem podkład pod namiot. tak, rozbiłem namiot w środku. Miałem letni śpiwór (który w sumie używam jako trzysezonowy) w dodatku wiało Halnym i nawet w chatce, przez dziury przy ziemi nieźle ciągnęło.

Nadchodzi zachód.

Widok na Przysłop (po lewej) i Lubań (w oddali).


Czas zjeść kolację. Cóż za rarytasy mamy, niezastąpioną zupkę chińską :D i parówki "Sokoliki" :)

Przed 19 ląduję już w śpiworze.
Zaczyna się gehenna. Ja rozumie, że Halny, że bacówka na odsłoniętej polanie, ale to co duło w nocy, to masakra. Myślałem, iż zaraz porwie dach i wywieje mnie wraz z namiotem w pizdu :p
Nie powiem, trochę stracha miałem. Mało spałem, ale jak to mawiają "co nas nie zabije, to nas wzmocni" :D
Natomiast poranne widoki, wynagrodziły nocne trudy.
Zbudziłem się (już tak na dobre) gdzieś o 5:40. Pierwszy widok, jak słońce jeszcze leniwie wychodzi zza chmurek ~5:50.

I to na co czekałem. Tatry w pierwszych promieniach słońca ~6:10

I owa bacóweczka w promieniach wschodzącego słońca.

Szybkie śniadanie i trzeba wykonać dalszy plan. Wyjście na Gorca i zejście niebieskim na Rzeki. Trochę mi na czasie zależało, bo stamtąd odebrać mnie miała siostra, w kolejnym punktem wycieczki miały być baseny w Białce :D A trzeba było kupić bilety przed 14, co by załapać się na popołudniową promocję za 49zł.
Pozostawiam chatkę za sobą i ku kolejnemu szczytowi

Przed Przysłopem ludzie głupio wydeptali na polanę. Jak baran polazłem za śladem i zacząłem iść za śladami (mijając odbicie szlaku). Kapnąłem się, że coś jest nie tak, dopiero jak zacząłem schodzić w dół. Przeta nie miało być w dół, a tym bardziej nie tak, na południe, tylko za grzbietem na wschód. Hmm... no to nazad. Ehh, ale przynajmniej z tej polanki zrobiłem jedno z ładniejszych zdjęć tego wyjścia. Więc nie ma co tak narzekać ;)

Przysłopa przekrzaczorowałem na przestrzał w śniegu po kolana i wpadłem na zielony.
Dobra, jest i wieża widokowa na Gorcu.

A panoramka z góry, noo niczego sobie.

Sporo widać, mimo średniej pogody/przejrzystości tego dnia.
Dla dociekliwych opisy szczytów w tą stronę (na wschodnią nie robiłem bo było be :p ).

Dobra, pędzim dalej.
Widok na Gorc Kamienicki z polany.

I sam szczyt.

Przy asfalcie jestem 10:30.
Ewakuacja do Łącka. Tam szybki posiłek, prysznic i jedziemy na Terma Bania.
Fajne miejsce, całkiem zacne, rzekłbym. Mało siary, nawet w tych wannach siarkowych, woda może nie tak ciepłą jak we Vrbovie, ale samo miejsce, świetnie urządzone. A i siedzieć w basenie na zewnątrz, z pięknym widokiem na Tatry, miodzio. I w środku są trzy zjeżdżalnie wodne, a i barek całkiem nieźle wyposażony :D
Zdjęcie poglądowe

Po powrocie, do Łącka, trza było coś ze szwagrem zdegustować. Królem wieczoru został... PIWOJAD :D
Urzekła nas nazwa tego zacnego piwka. Jest to: "Myrtus to witbier (13 P) z dodatkiem liści mirtu cytrynowego (Backhousia citriodora) - pochodzącej z północno-wschodniej Australii rośliny, charakteryzującej się bardzo intensywnym, cytrynowym zapachem i smakiem."
Nie powiem, bardzo ciekawe połączenie i przypadło nam do gustu. 


Kącik kulinarny:

Tym razem spaghetti słodko-ostre.
Składniki:

Co by tu należało dodać. Polecę makaron Lubelli pełnoziarnisty. Naprawdę smaczny, pożywny, wyrazisty. A nie jak jakieś mączne kluchy ;)
Gotowego sosu dałem tylko odrobinę, reszta to pomidory bez skórki i inne składniki. Dla zrównoważenia słodkiej kukurydzy i słodkich, suszonych pomidorów z żurawiną , dodałem papryczki chili wyłowione z korniszonów oraz trochę "Chili pieprz cayenne".

Niam niam.

Smacznego i pozdrawiam.

czwartek, 2 lutego 2017


Stary Smokowiec - Hrebienok - Schr. Zamkowskiego
 - Skalnate Pleso - Tatrzańska Łomnica
29.01.2017r.


I ponownie w Tatrach. Także i tym razem, chłopaki (Cinek I Hiczkok) na skiturach, a ja znów "biegam" za nimi z buta ;)
Zaczynamy w Starym Smokowcu.

Łoo tak wysoko trzeba podejść? ;)

Nie ma lipy, żadne kolejki nie wchodzą w grę :p

Nagle pstryk. Cinkowi odkręciła się śruba przy bucie. Ten to jest MacGyver. Wyciąga mini kąbinereczki i myken cyken, naprawione :D

Idziemy dalej. Atmosfera niemal rodzinno-piknikowa. Są i starsi (pociągający "po kątach" co nie co ;) ), są i dzieci. Pogoda bajkowa. Grzeje w plecy tak, że aż gorąco idąc w samej koszulce.


Upss, śmigło leci po jakiegoś nieszczęśnika :(

Przy "agrafce" koło tej skały ksiądz odbija w bok na siku i za chwilę woła...

chodźcie zobaczyć, wspinają się po zamarzniętym wodospadzie!


Parę fotek i ruszamy na schronisko.

Cinek zrobił nas w bambuko. Został nieco z tyłu i zamiast jak kulturalny człowiek, iść na chatę i napić się z nami piwa, to od razu polazł dalej w kierunku Skalnatego.

Ojj było parę "ciekawych", pod względem lawinowym, miejsc.

Jest i ksiądz, w niebiańskim blasku :D

Ujęcie z satelity ;)
No tu jak by się ślizgnął, to długo by się na dół jechało, kalecząc dupsko na kosodrzewinie :p

Trzeba mieć wielkie "cojones". Polatał by tak kiedy.

Ponownie ( w tym miesiącu) Skalnate.

Teraz tylko szybko na dół. Zanim wzięli się za ściąganie fok, ruszyłem w dół, aby nie musieli na mnie czekać. Hiczkok po drodze pomaga polce która zaliczyła dzwona. Paskudnie przecięła nogę, ponoć lało się jak z prosiaka :p
Udaje mi się zejść w takim tempie, że nie muszą na mnie czekać :)
Teraz szybko na "elekriczkę". Tu akurat mamy wersję benzynową.
Nasz jest dopiero za 30min. Wpadamy do pobliskiej restauracji "Lino". Nieco w szoku jesteśmy, same makarony to prowadzą, ni w ząb po słowacku, wiec i po polsku się nie dogada, tylko "english" :p Piwo 3,8E :(
Jest i nasz transport.
Eee, nie tak, tak kasuj!

Eee, że jak?

Po walce z kasownikiem i instrukcji udzielonej przez słowaczkę, w końcu się im udało. Normalnie "głupi i głupszy" hehe ;)
Jeszcze nas ksiundz w uja zrobił i wysiedliśmy przystanek wcześniej. Ale za to, przyfociłem opuszczony budynek który bardzo mi się podoba. Jak bym był milionerem, to bym go wykupił i otworzył tam rzemieślniczy browar, taki browar restauracyjny :D


Musiałem coś zjeść, bo mnie ssało niemiłosiernie. Po drodze zjadłem tylko jednego banana i snickersa. I dwie zupy chmielowe :D
Lądujemy w kolibie Kamzik.

Co on tam znów ogląda za głupie filmiki?!

Jak szaleć to szaleć, w końcu podwyżka była :p
Na stole ląduje stek z jelenia w sosie grzybowym, z zapiekanymi ziemniaczkami i zielenią (rukola i por?). 12,9E. Tanio nie jest, ale niebo w gębie i warte swojej ceny. Nawet te "głupie" ziemniaczki ekstra smakowały, sosik też niczego sobie, o mięsku nie wspominając.

Cześć i czołem z koziołem ;)

Potem jeszcze na siarę do Vrbova i wyjazd można zaliczyć do udanych :)
Pozdrawiam.