niedziela, 16 października 2016




Weekend w schronisku na Magurze Małastowskiej
7-9.10.2016



Trafiło tak, iż zgadałem się przez twarzoksiążkę z Dominikiem. Morskim wilkiem, co go na południe niegdyś zawiało i długo kucharzył na Bacówce nad Wierchomlą, a i potem trzymał pieczę, nie tylko nad kuchnią, na schronisku na Jaworzynie. Niestety wrócił  w swe nadmorskie okolice. Jednak nadarzyła się okazja, to spotkania. Poinformował mnie, że zamierza rozpocząć pracę w Norwegii. Ma szkolenie w Rabce, więc przy okazji, zahaczy o Magurę Małastowską, gdzie obecnie pracuje Kamil. Kolejny znajomy co koczował na Wierchomli. Zacne towarzystwo, a ja jakiś taki niewyraźny, a Rutinoscorbin wiele by tu nie pomógł. No ale jak to się nie spotkać ze starymi wygami.
Szybka kalkulacja moich sił. Dam radę :p
W piątek, po pracy, szybkie pakowanie i 22:35 ląduję w Gorlicach. Na dworcu czeka już na nas Kamil. Na brodatego z północy, na szczęście krótko czekamy. Trochę pizga zimnem. Aż waciaka wziąłem, trza się wygrzać co by zaraz nie zmógł bardziej.

Kamil transportuje nas na schron. Tam poznaję Szymona, kolejnego z obsługi.
Cóż tu dużo gadać.
"Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?"
Jak to co, biesiada :D
Poczęstunek czas zacząć. A specjały były różnorakie, w tym, uchowała się nalewka od Jurka, zacnego sztukmistrza (bimbrownik było by tu obrazą) z Piwnicznej-Zdrój.

Jato tam postawiłem na Stumbras_a. Całkiem zacna wódeczka, a nie kosztuje majątku.

Szymon, to dusza artystyczna. Od razu poznaję Mig_a-3. Jest nieco zaskoczony, no ale coś tam pamiętam jeszcze z czasów jak się bawiłem w modelarstwo :) Bajdurzymy sobie a rysuneczek, moim zdaniem, całkiem udany.



Hmm... tak tak, wszyscy zdrowi :p 


Jest i cała ekipa, nawet płeć piękna zawitała do tego trollowiska ;)


Zaczęło w brzuchach grać, może by tak jakaś przekąska do wódeczki, z "lekką nutą dekadencji" :D 

 Spoko, spoko, będzie zjadliwe.


Pod wódeczkę jak znalazł, hehe.

"Narzędzia" kuchenne. To chyba jakieś zaczepno-obronne ;)

Pokój chatkowego ;)

Ej no weź spierdalaj już z tym aparatem.

Jebnąć ci? ;)
Szymon się pytał, czy to mój pierwszy aparat hehe.

 Z pozdrowieniami z Magury.

Sobota rano, zimno, mokro. Ze śpiwora nawet nie chciało się wychodzić. Człapię z rana i badam najbliższą okolicę.
Schroniskowy sierściuch.

Modern Art :D

 Są taczki jest robota. Coś się dzieje.

 Mały rozpiździel. Ale dzięki uzbieraniu ponad 50 tysięcy z "polakpotrafi", będą, przede wszystkim nowe sanitariaty. 

Goprówka na Magurze.


Ciekawe gadżety ;)

Wypełzł i Kamil.

Męczy koteła.

Wyginam ciało śmiało!

Dobra, koniec tego pierdolenia. Czas ruszyć w teren.
O, idzie, troll morski. Ubrał się jak na sztorm :p

Oprócz wszechobecnego błocka, były fajne odcinki, gdzie żałowałem, że nie mam roweru.


Takie tam z trasy. Pogoda, nie rozpieszczała.



Ruskaja maszina - gniotsa nie łamiotsa!



Jam ci jest Viking wielko jajec, patrzajta.

Hmm, gdzie my to jesteśmy?

Człapiem dalej. Docieramy do schronu w Bartnem.

Dziwny chatkowy. Dominik wchodzi, ciemno jak w dupie u murzyna ;) w drzwiach pojawia się prowadzący, Dominik zagaduje.
-Można?
*Ale co możną?
-No piwka się napić.
*Hmm
-Coś zjeść.
Uchylił drzwi, tak jakby od niechcenia. Ogólnie jakiś taki przydżumiony ostro był :p

Ciepło w środku, ciekawy, otwarty kominek.


Piwo, tylko żubr, cóż, wejdzie i żubr :p
Omm niom niom hehe.

Pierogi (giganty) po Łemkowsku, Z kaszą, pieczarkami i... ponoć mięsem, ale jest go tam raczej niewiele albo i w ogóle. Mimo wszystko, całkiem zjadliwe.

Zaczęły się rodzić myśli, coby więcej tych dzikich zwierząt obalić, a przyjechał by po nas Kamil. Jednak, z braku zasięgu u Kamila, zmuszeni byliśmy wrócić z buta. Oj my biedni ;)
Jeszcze pod koniec zaczęło padać, a ja bez kurtki. Wziąłem ze sobą tylko polara z ceratą jak by zrobiło się zimniej. Rzuciłem nieco szybsze tempo, było blisko schroniska to wiele nie zmokłem, a grzało mnie od wysiłku. 
Bunkrujemy się ponownie na Magurze.
Kamil wydaje posiłki, bo jakaś banda rowerzystów z Warszawy wpadła. To trafili w pogodę :p

Działanie windy* od kuchni.
Kładziemy na jednym...

i pchamy, siup do góry.
Drugie zjeżdża i ciągniemy.

*winda.
Dla nie wtajemniczonych.
Jet to chyba jedyne schronisko, gdzie nie ma kontaktu fizycznego, ba nawet wizualnego z obsługą. Wszelkie zamówienia składa się "do windy", tak samo jak zapłatę.

Tu była śmieszna akcja, taki żarcik sytuacyjny, dla nas na dole, zabawny. Jakiś klient gapi się na dół przez szyb owej windy. Dostrzega książkę Adama Wajraka "Wilki".
Zagaduje.
-Są tu wilki?
*Eee, hmm
Chwila konsternacji.
-Dlaczego czytacie?
*Dlaczego... bo lubimy.
A w tle Dominik wybucha szyderczym śmiechem.
Facio chyba się zmieszał i się zmył, nie zdążył już usłyszeć od Kamila, że tak, są tu wilki :p

Pizduś zmęczony?

Ha! Zawsze czujny!

Jakiś tam mecz ma być. Mnie to nie interesuje, idę w kimę :p
Chyba ktoś znów tnie komara ;)

Co on odpierdala, bramki pomylił! No tak, był samobój :D

Kolejny dzień. Nad ranem zimno jak w psiarni.
Ciężko się zebrać. Przyjeżdżają kolejni znajomi Kamila. Nie byle goście, prowiant przywieźli!
Siakiś placuch i tartę... porem. Niam niam.
Ruszamy na mały spacer.

Wprawdzie kiełby nie mieliśmy, ale dobrze posiedzieć przy ogniu.

Łee i gdzie ten ogień?

Dominik jak mówił, że będzie się palić, to będzie się palić!
Dmucha, chucha :P

Broń ostateczna. Benzynka do zapalniczek :D

Jeszcze jakieś bardziej suche chabazie.

Jest, jest, mamy ogień. mamy ciepło.

Tee, nie za dużo wypiłeś? ;)

Ruszamy dalej.


Ooo jaka ładna łączka. Może wspólna fotka?

Noo trochę mi skiełzło na plecaku (musiałem mocno przykadrować), ale przynajmniej są wszyscy z głowami ( inny fotograf miał problemy hehe ;) ).

Po drodze, fajny domek.
 piękny
I śliczny młody piesek. Skubany, udało mu się furtkę otworzyć i chciał z nami iść.

I kolejna ciekawa chatka.

Z pięknym widokiem na Lackową i Busov (dwa najwyższe szczyty Beskidu Niskiego).

Zwiedzamy jeszcze cmentarz z I WŚ i podchodzimy na szczyt Magury Małastowskiej.



Po powrocie na schronisko, chcieliśmy przekonać ekipę z Krakowa, aby pojechali rano. Jan a 9 do Krynicy bym zdążył do arbaitu, a Dominik miał być na 8-9 w Rabce, dało by rady. Jednak nie dali się przekonać. Tu zaczął się problem. Tak dopiero wieczorem się zgadaliśmy, że oni do Krakowa nie jadą przez Nowy Sącz tylko Tarnówi potem autostradą. No zajebiście. E-podróżnik, wyszukał jakieś połączenie z Tarnowa na Nowy Sącz i potem Krynicę, ale... autobus kursuje do 09.10 Buahaha.
Siedzę, myślę, szperam w necie, a ci się śmieją i... "powiemy mu"?
Wymyślili, że jednak pojadą przez Nowy Sącz, a potem przez Rabkę. Zrobią dużoą przysługę zarówno mnie jak i morskiemu brodaczowi.
Droga do NS szybko zleciała, trochę sobie podsypiałem. W sumie to nie było co innego do roboty na pace dostawczaka bez okien :p :D 
Dzięki wielkie krakusy! Przy następnym spotkaniu stawiam piwko, myślę, że nie jedno :)



Kącik kulinarny.
Coś ciepłego na brzuszek przy jesiennej brei. Kasza. Moja ulubiona, gryczana.

Składniki:
- Kasza gryczana.
- Mięso mielone (kto co lubi, jednak myślę, iż wieprzowe/wołowe najlepsze, nie z kuraka/indyka).
- Czerwone papryki.
- Cebula, czosnek, natka pietruszki, bazylia i oregano.
- Ser pleśniowy (wedle uznania, ja użyłem niebieskiego).
- Przyprawy: sól, pieprz ziołowy (lub kto co lubi). 

Papryki rozcinamy na pół. Tych zielonych "szypułek" nie wykrawamy, bo się nam może rozlecieć później. Robimy farsz z przyprawioną kaszą z cebulą i czosnkiem (można wcześniej nieco zeszklić na oliwie/maśle). Upychamy do "miseczek" z papryki. Teraz możemy zapiekać w piekarniku lub dusić na patelni. Ja dusiłem na patelni w bulionie, tzn trochę rosołu, dorzuciłem do niego jeszcze suszonych warzyw i nieco wody. Dusimy minimum 30min.

Po wyjęciu, układamy na wierzch serek pleśniowy.
I gotowe.



Smacznego i pozdrawiam.


niedziela, 2 października 2016




Ławka Trzech Króli
+
Góry Lewockie
Ihla 1282m i Cierna hora 1289m n.p.m
01/02.10.2016

Wolny weekend, ładny weekend. W planach miałem wyjazd w Góry Lewockie z namiotem. Wszystko fajnie, ale zorientowałem się rano, podczas pakowania, iż szpilki od namiotu pożyczyłem znajomym. Hmm, szybki telefon i wpadam do nich by odzyskać co moje ;)
I tak gadka szmatka, biedaczki zapracowane, cieszą się, żę ich odwiedziłem i dotrzymują towarzystwa. Cobym za szybko nie uciekł, Sandra proponuje..."herbatkę". Po czwartej, to już wiedziałem, że nigdzie nie pojadę :p Co by całkiem dupska nie zakisić w sobotę, z Hiczkokiem jedziemy na Kralovą Studnie, zwaną też od tamtego roku "Ławką trzech Króli"

Coolio pozuje.

A oto i owa ławka, wystrugana w tamtym roku. Ponoć na tym wypizdołku spotkało się trzech króli w 1471r.



Turbo kiełbasa, Maciek to chyba lubi taką zwęgloną ;)

Szybko robi się ciemno. Wcinamy kiełbę, popijamy piwkiem, tzn bidny Maciejo złopie "nealkoholické pivo" :p

W domu u Maćka, snujemy plan na kolejny dzień. Omawiamy trasę w lewockich :)

W niedzielę udaje się nam w końcu zebrać o 11 i wyruszamy. Jedzie Hiczkok, Zboro i ja. Przez Starą Lubovlę na Novą i parkujemy przy rondzie.

Stamtąd na Jakubany.
Pierwsze widoczki.

Pierwszy przystanek przy najstarszym, zrekonstruowanym piecu hutniczym na Słowacji. Eksploatowanym w latach 1760 - 1870. Nie, w tych górach nie było rudy, jak wyczytałem, eksportowali tu rudę i wytapiali, ponieważ na miejscu było dużo węgla drzewnego.

Zaraz obok jest wiata i palenisko.

Niezła dzicz była. Trochę się napracowali.



Więcej zdjęć z prac rekonstrukcyjnych można zobaczyć tutaj:
http://www.jakubany.sk/clanok/obnova-drevouholnej-pece-v-jakubanoch/

Jedziem dalej . Docieramy na Tocna (Maly Vaclakvak).

To miejsce, jak wynika z mapy, ma przecinać głowny szlak (czerwony) prowadzący z północy (od Starej Lubovli) na południe (do Levoczy). Jednak ni słychu ni widu. Zero oznaczeń!
Maciek kontempluje nad dalszą drogą.

Ech... orientuje mapę na północ bo by tak mędrkował do jutra ;) i... pi razy drzwi wybieramy drogę która najbardziej odpowiada pokryciu z mapy. Ba, nawet za jakiś czas widzimy oznaczenie czerwonego szlaku, ale jakieś takieś wyblakłe, hmm.

Tu na ten przykład, już nieco zarośnięta droga. A oznaczenie szlaku ledwo widoczne na tym jaśniejszym kikucie drzewa po prawej. Coś chyba niezbyt, tak ten "główny szlak", ale jedziemy dalej.


Asz ty głupi głupku!

Zaczyna się ciekawie :D
Jeden pcha, drugi niesie.

Za to widoczki po drodze, rekompensują ten trud.


Hmm, gdzieś tam, na tą grań musimy "wyjechać".
Tu, owy czerwony szlak zanika całkowicie :(

Obieramy drogę, która wydaje się nam, najbardziej odpowiadająca temu co sugeruje mapa.
Jednak dość szybko przeradza się w straszne chaszcze. Maciek ciśnie, my pchamy za nim, potem trawa robi się tak wysoka, że zakrywa nawet Hiczkoka buahah.

Docieramy do jakiejś bardziej cywilizowanej dróżki i postanawiamy przekraczorować na przełaj do grani. Zbyt dobry pomysł to nie był. Nieźle dało w kość.

Ja próbuję pchać, co w tym terenie jest mocno uciążliwe. W końcu też biorę na ramie i niosę zdychając. Zboro, będą c pierwszy raz w lewockich, kurwi na głos i pyta:
"Czy myśmy tu przyjechali jeździć na rowerach czy na wspinaczkę" hehe.
Docieramy do kolejnej drogi. Widoczek całkiem, całkiem.

Jedziemy tą drogą. Mimo, iż tracimy wysokość, to nikt już nie myśli o krzaczorowaniu, ot postanawiamy najbliższym odbiciem w prawo próbować wydostać się na samą grań.
Jest, udało się. Widać nawet "jakiś" szczyt.

Tak do końca to nie wiemy gdzie jesteśmy :p
Mimo wszystko owy szczyt jest tak blisko, że podjeżdżamy na niego.
Jest i punkt geodezyjny.

Po krótkiej analizie, dochodzę do wniosku, iż musi być to Ihla 1282m n.p.m.

Zawracamy i granią jedziemy w kierunku Ciernej hory. 

Jest, jest! Najwyższy szczyt zdobyty. Potwierdzenie, to znak i skrzynka z zeszytem pamiątkowym. Jeszcze rok temu nie było tych frykasów ;)


Kumple studiują pamiątkowy zeszyt i dokonują wpisu.

Tu już znam teren, zjeżdzamy na polanę na Baniski i potem wzdłuż kolavkowskiego potoku na Kolackov. Wyjeżdżamy idealnie na rondzie, gdzie zaparkowaliśmy samochód.
Zajazd u Franka odpuszczamy, bo jest tłoczno. Udajemy się do Lidla. Zboro kupuje "gumisie" i zajadamy się nimi w drodze powrotnej.

Ja biorę mój przyskak, oliwki i serek w oleju. Dwa słoiczki :D Będzie do kącika kulinarnego.




Kącik kulinarny.

"Robale morskie" z kaszą gryczaną, oliwkami z serem w zalewie.

Tutaj nie używam oliwy z oliwek, tylko smażę na tej oliwie z słoiczka.

Pyszności!

A do tego, niespodzianka. Pojawiły się w Intermarche czeskie piwa "Cerna Hora". Co za zbieg okoliczności. Trzeba było zakupić na deser ;)

Pozdrawiam i polecam wszystkim Góry Lewockie.